wtorek, 16 października 2012

Gunung Agung


Pare widokow z wrzesniowej wspinaczki na Agung, najwieksza gore na Bali. Oczywiscie wulkan.
Gory to jedna z enklaw, o ktorych wczesniej pisalam. Gdyby tylko indonezyjskie szkolne wycieczki zdecydowaly sie nie malowac skal po drodze. Przy szlaku co i rusz napisy wykonane biala farba, typu “tu bylem”. Poza tym nie mam zastrzezen, wulkany sa zawsze niesamowite.


Wschod slonca, w oddali Rinjani na Lomboku.



 Widok na zachod i na cien Agunga padajacy na inne wulkany.


Jak w Polsce wszedzie krzyze tak i tu ich odpowiednik.






Daleko w dole, posrodku zdjecia, punkt wyjscia oraz zejscia.




Meta, swiatynia Pasar Agung.


poniedziałek, 15 października 2012

Rozne z Indonezji


Natknelam sie w sieci na ten oto blog (lub raczej jego fragment) -http://www.azja2011.com/Indie.html . O Indiach. Przeczytalam. Pod blogiem pelno bylo komentarzy, przewaznie mieszajacych z blotem autora, ze niczego nie rozumie. A niby dlaczego? Zabronione jest opisywanie tego, co sie widzi przed oczami? Jesli koncepcja jest taka, zeby opisac to, co sie widzi to sie opisuje to, co sie widzi. Tak wlasnie jest.
Nikt nie ma tez obowiazku patrzec glebiej i czegos sie tam doszukiwac (w zamysle krytykantow wpisu – czegos pozytywnego). Albo mozna byc moze znalezc ogromna glebie i spirytualizm a nadal krytykowac to, co sie widzi. A jak sie widzi brud i smrod to tak jest i juz. Poza tym przepiekne wulkany ani rafy koralowe (chyba ze zbombardowane) badz prastara i bogata kultura (jesli taka naprawde jest) nie znikna dla chetnych przez opisanie rzeczywistosci w innych miejscach. 

Indie sa duzo bardziej ekstremalne niz duza czesc Indonezji. Ale niezaleznie od natezenia roznych zjawisk wiele elementow jest wspolnych. Zwlaszcza smieci. Ogolne zaniedbanie w centrach miast. Skutery i spaliny. Brak wspolnej przestrzeni, wszystko zawlaszczone przez ruch pojazdow i inne przeszkody.

Tak jest tez w Ubud, szczyczace sie mianem kulturalnej stolicy Bali, miasta artystow. Ile razy tam jestem widze turystow, umeczonych upalem, wspinajacych sie stromymi ulicami. Chodnik co pare metrow ma wyrwy, dziury, glebokie na tyle, ze latwo mozna sobie wyobrazic  powazne konsekwencje nieuwagi. Co kilkanascie metrow na przemian:  wielkie kupy czarnego piachu wychodzace przez chodnik na ulice (bo ktos cos remontuje niedaleko) i skutery zaparkowane na chodniku. Trzeba wtedy przecisnac sie przez samochody lub kolejne skutery zaparkowane tym razem na poboczu i obejsc caly kram ulica, gdzie pedzi, jakzeby inaczej, rzeka skuterow oraz dla towarzystwa – samochodow.

Indonezja nie zna pojecia ulic (gdziezby calego centrum) zamknietych dla ruchu.

Trzeba sie tez wymigiwac od nagabywaczy na kupno wszystkiego, co niepotrzebne oraz od odmawiania oferujacym “transport”.

Turysci dzielnie to wszystko znosza, czasem calymi rodzinami, sa wszak w cudownym miejscu, jechali, lecieli tu z tak daleka. Ja sie dziwie. Sardin twierdzi, ze zapewne wlasnie po to tu przyjezdzaja. Zeby sie zachwycic orientalnymi dziurami w chodniku lub tak dalekowschodnio wysypanym piachem na chodniku, ze az nie da sie isc. Moze sa zmeczeni uporzadkowaniem, regulami w swoich krajach. Ale jesli ktos tu mieszka od lat to sie meczy cala ta niezorganizowana przestrzenia, balaganem, ciagla uwaga,zeby nogi nie zlamac. Przynajmniej w moim wypadku.

Indonezja to enklawy. Mozna sobie zrobic swoja mala enklawe czystosci, luksusu, rzeskosci  czy czegolwiek w swoim domu, zwanym wtedy willa (wielu tak robi cierpiac na syndrom zlotej klatki). Enklawa jest resort czy teren hotelu, restauracja lub klub. Czasem nadmorska promenada lub jakis park choc tych jest jak na lekarstwo. Czasem tradycja, stare zwyczaje, zwlaszcza na prowincji. A takze moze nia byc przyroda, wprawdzie zagrozona ale wciaz przebogata i imponujaca. Poza tymi miejscami nie ma co ukrywac – jest szpetnie, chocby oryginalnie, kolorowo, orientalnie, nie rozni sie to wiele od opisu Indii na blogu. 

wtorek, 9 października 2012

Tana Toraja


Zapytano mnie ostatnio, co sadze o Tana Toraja, krainie i ludzie mieszkajacych na poludniowym Sulawesi.
I co by tu powiedziec? Krajobraz przepiekny, kultura stara i niby ciekawa, oryginalna archiektura. Przewodniki zachecaja, zeby przybywac tu wtedy, kiedy tradycyjnie jest najwiecej ceremonii pogrzebowych. I tego wlasnie nie moge zrozumiec. Jak mozna zachecac do obserwacji jatki? Bo wlasnie jatka sie tu odbywa, rzez bawolow i swin. Torajowie maja swoje wierzenia, animinizm poprzeplatany z chrzescijanstwem. Czesc tej tradycji stanowi, ze im wiecej zwierzat sie ubije na pogrzebie tym lepiej dla zmarlego. A rytualy pogrzebowe maja byc najwieksza atrakcja regionu.
Nam sie udalo. Trafilismy na pogrzeb. Wiedzielismy o nim od poprzedniego wieczoru. Zmarly byl kims znaczacym. 2 lata trzymano go w formalinie. To po to, zeby zebrac dostateczna ilosc pieniedzy aby mozna bylo zarznac odpowiednia dla jego rangi ilosc bawolow, swin i pomniejszego zwierza. Pewnie nikt z rodziny sie nie uchronil od datkow na ten cel, chocby pracowal od lat w dalekiej Dzakarcie, moment ofiary na krewniaka nastapil.
Rano zaopatrzeni w duza zgrzewke papierosow w prezencie dla rodziny (tak nam poradzil przewodnik) poszlismy. Na pogrzeb rodzina przygotowala specjalnie cala nowa wioske. Ze sklejki i na jakims ogromnym trawiastym (a teraz w porze deszczowej w totalnym blocie) terenie. Cale domostwa pomalowane w tradycyjne kolory i ornamenty. Przez blocko przerzucone zostaly deskowe mosty dla ludzi. A w blocku, na terenie tej dziwnej wioski oraz na pobliskich drogach prowadzono zwierzeta. Przerazone kwiczace swinie, zwiazane za nogi i wiszace grzbietem w dol. Opierajace sie bawoly ciagniete za nos.  Wszystkie zwierzeta sie boja. Depczac w blocku wyszlismy.






Nie zebym nie wiedziala wczesniej, ze sa miejsca takich rytualow. Nie zebym myslala, ze w Polsce nie zabija sie okrutnie zwierzat w rzezniach. Ponadto pocieszam sie, ze tutaj przynajmnie zwierzeta do momentu swojej smierci wioda (na moje laika oko) lepsze zycie niz na fermach hodowlanych. Bawoly chodza sobie wolnopo czyms w rodzaju lak, sa wpuszczane na pola ryzowe po zniwach, przewalaja sie w blocie.
Ale po kiego licha uwaza sie rytualna rzez zwierzat  za turystyczna atrakcje? Po co ogladac takie jatki? Choc na przyklad pewne polskie biuro podrozy z Bali organizowalo wyprawe, gdzie jedna z glownych atrakcji mialo byc zobaczenie (“jesli dopisze szczescie”) tradycyjnej rzezi wielorybow w pewnej wiosce na wschodzie Flores. Kto na takie cos chce pojechac i to ogladac? I to jeszcze zagrozone gatunki? Chyba mysliwskie prymitywy.
Tana Toraja “zuzywa” ogromne ilosci bawolow. Plyna tam z chyba calej Indonezji. W kazdym razie na Komodo, w ciesninie pomiedzy Rinca a Komodo, widzimy  drewniane startki kargo wyladowane bawolami, plynace z Sumby na polnoc. Niezaleznie od tego co ich czeka w miejscu przeznaczenia, strach pomyslec co znosza po drodze, plynac przez otwarte morze. Lodzie sa male. Kiedys jedna z nich zatonela w parku. Bawoly zginely. Cialo jednego morze wyrzucilo na plazy na Komodo. Warany zebraly sie w kilka sztuk i zjadly padline.
Na targu nastepnego dnia widzielismy biale bawoly, jeden kosztowal 115 milionow rupii (okolo 13 tys. usd). Taki zarzniety na pogrzebie dopiero zapewnia dobre miejsce w zaswiatach! 



Ciekawe, czy ktos jest sie w stanie wyrwac z takiego kola, przeciez im ktos ma lepsza pozycje, wiecej pieniedzy, tym musi przeznaczyc wiecej pieniedzy na kazdy pogrzeb w rodzinie. A byc moze nie za bardzo mu sie to usmiecha, moze wolalby uzyc tego co ma, na swoje zycie a nie na pogrzeb pociotka? Ale nie wiem, moze to juz jest tak gleboko w ich glowach, ze nie da sie.  Trzeba placic i uczestniczyc. Na takiej samej zasadzie, jak u nas chrzci sie dzieci, wielu tak robi, mimo, ze nie ma juz nic wspolnego z katolicyzmem.
Tradycja to wedlug mnie neutralne slowo. Zalezy dopiero,  jaka tradycja. Nie kazda warto podziwiac. Jest roznica miedzy tradycyjnym sianem pod wigilijnym obrusem a okrutnymi obyczajami. 

piątek, 27 lipca 2012

Wyprawa na Jawe 3


Bondowoso – niewielkie miasto, pieknie polozone miedzy dwoma pasmami wulkanow, niedaleko juz polnocnego wybrzeza Jawy. Podobalo mi sie juz w 2008 roku, kiedy bylam tam po raz pierwszy. Pamietam, ze zdumialo mnie wtedy swoja czystoscia (potem wyczytalam w przewodniku, ze rzeczywiscie jest uznawane za jedno z najczystrzych miast na Jawie). Wtedy bylam tam z rodzicami tuz po wycieczce na Sulawesi, w tym po miescie Makassar (nakwieksze na Sulawesi), ktore moj ojciec do tej pory z luboscia nazywa nie Makassar tylko masakra (rzeczywiscie zwiedzal tam port, ktory czystoscia nie grzeszyl, szczury sie przemykaly, smieci lataly, spoceni tragarze rozladowywali drewniane szkunery z cementem, bylo tez tuz po deszczu wiec roznorakie odpadki gnily w kaluzach, ojciec niestety nie umial docenic atmosfery miejsca). W kazdym razie w Bondowoso mielismy mily kontrast.



Teraz tez mi sie podobalo, jeszcze bardziej. Ma troche kolonialna atmosfere (rzeczywiscie mieszkalo tu duzo Holendrow, po ktorych pozostalo jeszcze pare budynkow. A podobno drogi obsadzone tamaryszkami, teraz juz wielkimi to tez pozostalosc po nich).
Kroluja oczywiscie moje ulubione becaki wiec dodaje kolejna porcje zdjec.








W Bondowoso odwiedzilismy tez targ w poszukiwaniu pewnej konkretnej rzeczy (poszukiwanie uwienczone sukcesem).  Na targu sila rzeczy nie bylo juz czysto ale tam wlasnie, robiac zdjecia dokonalam waznego dla mnie odkrycia – to co mnie juz tylko denerwuje tam, gdzie mieszkam (Flores, Bali), w momencie gdy staje sie turystka, na powrot nabiera cech kolorowej egzotyki, wartej robienia zdjec, podziwiania absurdow, nieprzejmowania sie brudem. Bardzo mnie to cieszy bo swiadczy chyba o tym, ze nie jestem jeszcze dla podrozowania stracona. Czasem sobie myslalam, ze po co znowu zaczynac jezdzic, wszedzie jest przeciez tak samo.  Nawet moja zdobycz z targu  - reczna maszyna do kruszenia lodu, uzywana w przydroznych jadlodajniach, jest taka sama jak te, ktore pamietam z np. Gwatemali. Co nie zmniejsza mojej radosci bo uwazam, ze sie doskonale nadaje do dekoracji domu i bedzie sie dobrze komponowac z wyciskarka do pomaranczy z Meksyku. Choc wyciskarka byla kupiona nowa a ta maszyna jest juz troche zepsuta i swoje chyba odsluzyla (tym lepiej). Szukalam czegos takiego juz od jakiegos czasu i nie bylo to latwe.  Takze w Bondowoso nie bylo to hop siup. Nikt tego nie sprzedawal. Zagadnieci na jednym ze straganow sprzedawcy powiedzieli, zeby przyjsc za godzine, co zrobilismy. Twierdzili, ze wykupili maszyne ze skupu zlomu. Mam nadzieje, ze jej nie ukradli biednemu posiadaczowi wozka z napojami.


I na koniec jeszcze pare sklepow z Bondowoso, typowych dla Indonezji: sklepy saszetkowe oraz sklepy z odzieza na upal dla kobiet.






środa, 25 lipca 2012

Malediwy


Notatki, ktore ostatnio znalazlam w starym zeszycie, napisane we wrzesniu 2004 roku, po dluzszym pobycie na malej wyspie z resortem jako divemaster we wloskim centrum nurkowym.

Wyspy – przerazajaca jednorodnosc, piekno ale brak zmian, roznorodnosci, rzeczy bez ktorych nie mozna zyc (wg mnie).
Wyspy nie maja zapachu. Po deszczu nie czuc zapachu mokrej ziemi i trawy, jest tylko piasek. Nie czuc gnijacych lisci bo te po opadnieciu zaraz wysychaja badz sa zamiatane. Nie pali sie ognisk i nie ma zapachu dymu. Slonce grzeje mocno ale rosliny nie wydzielaja zapachow, czasem tylko czuc zaladwie slyby zapach kwiatow, niewielu. Glownie palmy kokosowe i namorzyny. Maldiwianin nie opuszczajacy swojego kraju nie zobaczy nigdy ani strumieni ani jezior ani gor ani lasow ani nawet morza innego niz to, ktore obmywa plaskie i piaszczyste wispy. Brak roznorodnosci nad woda rekompensuje to co pod woda ale Maldiwianie w ogromniej wiekszosci tego przeciez nie widza.
Ludzie – glupi, zli, bez wyobrazni, wspolczucia, empatii. Po czesci tlumacze to ta jednorodnoscia, nie opuszczaja w wiekszosci swoich wysp. Mieszaja sie w obrebie tylko kilkuset osob przez wiele generacji.
Nie maja kontaktu ze zwierzetami. Maldiwianin nie tylko nie musi sie opiekowac zwierzeciem domowym ale nie ma takze szans zobaczyc krow na polu czy koni ani pojsc do lasu i zobaczyc dzikiego zwierzecia.
Malo dzwiekow, naturalnych i nienaturalnych. Jest morze ale nie ma krzyku mew. Malo owadow a te co sa prawie nie wydaja dzwieku.
Nie ma prawie roslin hodowlanych, nie ma obiektow do opiekowania sie i bycia odpowiedzialnym.
Tylko jedna obowiazujaca religia, islam.
Jednorodnosc polityczna, dyktatura pod plaszczykiem demokracji i republiki. 

Rezultat - 
i tu nastepowala tyrada juz nieprzebierajaca w slowach, na pewno zawierajaca niepotrzebne uogolnienia wiec ja opuszczam. Musialam byc porzadnie wkurzona. Ale faktem jest ze wyspa stala pracownikami z Indii, Bangladeszu i Sri Lanki. A ja swoje przezylam z Maldiwianami, lacznie z polaniem moich wszystkich ubran kwasem z akumulatorow. Kto sie zna to wie jaki byl rezultat.