środa, 30 maja 2012

Magia 1

W nocy rozszczekaly sie psy. Podobno ulica wzdluz domu przeszedl dzin. Rzeczywiscie szczekaly dlugo i glosno. Ale dziny podobno nie sa grozne. Ten byl stary, chudy, mial bardzo dluga szyje i mala glowe. Kto w niego wierzy ten go moze zobaczyc.
Przed zlodziejami, ktorzy ostatnio sie tu pojawili, chroni nas magia przywieziona prosto od czarownika z Flores. Na futrynie drzwi, od wewnetrznej strony, przyczepiona szpilka, wisi sobie mala grudka czegos. Zauwazywszy ja pomyslalam, ze to pozostalosci po gniezdzie owada ale nie, gosposia mi wytlumaczyla. Grudka ma powodowac, ze potencjalny zlodziej przygladajac sie naszemu domowi bedzie go widzial pelnym gosci, przez caly czas, i nie zdecyduje sie na kradziez.



sobota, 28 stycznia 2012

Ja i Toni jestesmy w Polsce. W domu mamy dosc strome, wysokie schody. Byly plany aby zalozyc przy nich jakas blokade, zeby mu sie nic nie przytrafilo. Ale pozostalo to w sferze planow, po czesci dlatego, ze na poczatku dlugo sie do tego zbieralismy ale przede wszystkim dlatego, ze nie ma takiej potrzeby. Toni ani razu nie postawil sie w niebezpiecznej sytuacji, nie zblizyl z rozpedem do schodow. Zachwouje sie ostroznie i uwaznie, tak samo jak na lodzi. Tam nie jest nigdy zostawiony sam sobie ale ma tez duza wolnosc, biega po lodzi. Tuz obok konczy sie poklad a ponizej jest morze.
Dzieci w Labuan Bajo do wieku szkolnego maja wg mnie fajne dziecinstwo. Cos jak boharerowie "Przygod Dudusia Wesolka", ktore ogladamy, gdy jestesmy w Polsce. Gonia, kombinuja, wchodza na palmy, skacza do wody, tak samo jak bohaterowie starych ksiazek dla dzieci. Nikt ich nie chroni i musza same oceniac ryzyko. Gdy poplynelismy lodzia do Gongger na polnocnym wybrzezu Flores widzialam dzieci plywajace na tratwie, zrobionej ze zwalonych pni bananowcow po dosc duzej rzece, tuz przed jej ujsciem do morza. Po porcie w Labuan Bajo dzieci czesto plywaja w sampanach, dlubankach z wioslami.





Problem zaczyna sie potem. Po tym dziecinstwie nie ma dla nich oferty. Szkoly maja bardzo niski poziom, rodzice nie stymuluja. Wielu grzeznie w marazmie badz zaczyna kombinowac juz nie w dzieciecy sposob.

wtorek, 24 stycznia 2012

Monsun zachodni

"Pratiwi" wpłynęła do Labuan Bajo po tygodniowym safari. Na pokładzie dwójka Anglików. Mnie nie było na łodzi. W każdym razie odetchnęłam. To nie jest dobry czas na pływanie po Komodo. Kiedy łodzie są na morzu, cały czas się niepokoję. To jest sezon "barat" czyli "zachodni", chodzi o monsun oczywiście. Miejscowi tak mówią, w naszym nazewnictwie lepiej powiedzieć pora deszczowa. A jak nazwa "barat" wskazuje monsun wieje z zachodu, ogólnie z zachodu bo czasem jest to pólnocny zachód a czasem zachód południowy. Może padać i może też wiać. Więc trzeba się pilnować co do trasy i miejsc nurkowań.



Czasem, gdy wieje mocno i są fale, prom z Sape nie przypływa. I choć już nie powinnam to się ciągle dziwię - brakuje warzyw, owoców a przed ostatnim safari nawet jajek. Czemu ludzie z Flores tego nie wytwarzają - nie wiem. Mam stałe plany rozpoczęcia produkcji na własna rękę. Na razie niezrealizowane.

To najbardziej mi przeszkadza w mojej pracy - ta zależność od natury. Od wiatru, deszczu. Ciągle wypatruję chmur na horyzoncie, znam fazy ksieżyca, który wpływa na prądy.Nic się z tym nie da zrobić i chyba powinnam sobie odpuscić ale ja się stresuję i tak. Niepotrzebnie i na zapas.
Teraz pora na dok. Własnie, też trzeba wybrać dobry "ksieżycowy moment".

środa, 7 grudnia 2011

Chinczycy w Indonezji

Wczoraj zadzwonila do mnie znajoma z Labuan Bajo, ktora jakis czas temu otworzyla tam piekarnie. Ja w tym momencie jestem na Bali i moglam jej pomoc w zakupie jakiejs specjalnej maki w sklepie zajmujacym sie takimi rzeczami. Podala mi nazwe sklepu i ulice. Nie wiem na jakiej podstawie, po tylu latach zakupow w Denpasar, wyobrazilam sobie mily i klarownie urzadzony klimatyzowany sklep, z czystymi polkami, na ktorych leza rozne rodzaje maki i inne produkty do produkcji chleba. Szybko to zweryfikowalam. Po dluzszych poszukiwaniach trafilismy do typowego chinskiego sklepu czyli czegos, co wyglada jak brudny, zakurzony magazyn (ale magazynem nie jest bo magazyn jest gdzie indziej, jest to sklep) pelen ludzi, pracownikow i kupujacych, zapchany towarem po sufit. Jest i kantorek, w ktorym siedzi wlascicielka Chinka oraz jej corka, przyuczajaca sie do zawodu. Typowy widok, na jakie napatrzylam sie dziesiatkami w Labuan Bajo.





Wlasnie w chinskich sklepach robimy wiekszosc zakupow bo handel tutaj Chinczykami stoi ale do tej pory nie moge sie nadziwic ich sposobowi funkcjonowania, przy duzym wysilku z mojej strony aby to zrozumiec. Nie narzekaja na brak pieniedzy, wprost przeciwnie. Mogliby z nich korzystac, jezdzic na wakacje, poznawac swiat a przynajmniej swoj kraj, chocby czasem. Ale nie, siedza od rana do wieczora w swoich sklepach, zwykle typu mydlo i powidlo, siedza zazwyczaj za biurkiem i wydaja reszte klientom. Jest bardzo goraco, ciasno, chaotycznie. Ich dzieci w wieku przedszkolnym czesto tez tam spedzaja swoje dni i chyba tak chlona zapachy sklepu, ze potem kojarzy im sie ze szczesliwym dziecinstwem. Wszystko sie uklada pomyslnie bo wlasnie tam beda zwykle pracowac po skonczonych studiach. Bo na studia wyjezdzaja choc wg mnie nie sa im one do nieczego potrzebne. Zaraz po nich wracaja do rodzinnej miejscowosci i podejmuja prace w rodzinnym biznesie. Jesli ten rozwija sie dobrze otwieraja zazwyczaj filie, czyli kolejne sklepy.
Na wakacje wyjezdzaja najdalej do Surabayi, odwiedzic rodzine, czasem takze w celu odpwiedniego zeswatania potomkow dwoch znajomych rodzin. Z prawdziwymi Indonezyjczykami zazwyczaj sie nie mieszaja.
Mam kolezanke Chinke, ktora znajac moj punkt widzenia, zarzekala sie, ze chce inaczej zyc, ze bedzie wyjezdzac na wakacje, ze nie poswieci sie biznesowi bez reszty. Juz wyszla za maz i siedzi calymi dniami w sklepie meza (wczesniej spedzala swoj czas w piekarni rodzicow pilnujac wydawania bulek oraz wyliczajac reszte). Sklep meza oferuje towary do samochodow, motorow i  lodzi, smary, filtry olejow, paski klinowe, papiery scierne, generatory pradu i cala reszte, w ktorej moja kolezanka sie gubila, ktorej nienawidzila siedzac zagubiona wsrod wysokich zapchanych polek. Teraz juz sie lepiej orientuje a w sklepie towarzyszy jej mala coreczka a niedlugo takze jej siostrzyczka.
Dla nas to oczywiscie wygodne, w sklepach jest duzy asortyment, w razie koniecznosci moga cos sprowadzic z Dzakarty albo Surabayi.  Wlasciciele sklepow sa mili i uczynni a jak musze cos na szybko kupic, to mi to po prostu daja a place pozniej (bo mnie znaja oczywiscie). Poza tym te sklepy maja swoj koloryt, sa tak straszne, brudne, duszne, ze mi przywodza na mysl handel sprzed 100 lat. Wlasciciele czasami mowia jeszcze po mandarynsku, choc raczej tylko ci starsi.

piątek, 2 grudnia 2011

Bibi.


Gdy buduje się łódź, powołuje się do życia osobę, w momencie połączenia dwóch długich kawałków drewna tworzących stępkę. Kiedy łódź jest już ukończona w stępce robi się pępek. Nie buduje się zatem tylko łodzi ale i człowieka. Kobietę, która żyje na łodzi i się nią opiekuje. Od jej samopoczucia zależy powodzenie łodzi. Od jej charakteru zależy, czy łódź będzie się podobała.


Mieszka zwykle w maszynowni ale czasem wybiera sobie inne miejsce. Np. na Laluni mieszka w pierwszej prawej kabinie, nazywa się Bibi. Na Pratiwi w maszynowni, gdzie często widuje ją mechanik.
Od czasu do czasu trzeba ją nakarmić. Do tego potrzebna jest ceremonia z mistrzem ceremonii i twórcą łodzi. To nas czeka teraz na Ari Jayi po zakończeniu renowacji bo podobno jej “duch” zaczął się oddalać, od dawna nienakarmiony.
Prócz koniecznosci karmienia jest i inny problem z duchem łodzi - może być zazdrosny a raczej zazdrosna. Dlatego podobno niedobrze jest kiedy na łodzi jest jedna kobieta. Dwie i więcej nie stanowią problemu.
A ja? Mogę w to wierzyć albo i nie ale ważne jest dla mnie, żeby załoga była zadowolona i wierzyła, że pracuje na łodzi, która ma raczej szczęście niż pecha. Już kiedyś jeden z kapitanów powiedział mi z zadowoleniem, ze Ari Jaya ma dobry charakter, dobry dla mnie, rozumie, kiedy może mieć kłopoty a kiedy musi wytrwać (np. w falach, w prądzie). I niech tak zostanie...