Już ponad miesiąc temu, podczas spaceru po plaży w Jimbaran, natknęliśmy się na tak pięknie udekorowane łodzie rybackie. Okazało się, że
były tak przygotowane do parady z powodu wielkiego spotkania Apec.
Blog o życiu na tropikalnej wyspie Flores w Indonezji, przygodach na morzach Indonezji, budowaniu drewnianych łodzi, pracy w Parku Narodowym Komodo.
sobota, 16 listopada 2013
czwartek, 14 listopada 2013
Ostrzenie paranga
Noc na szczęście minęła spokojnie ale spaliśmy czujnie.
Mieliśmy powody.
Zaczęło się banalnie i nie trwało długo. Wróciłam samochodem
z Tonim. Nasz pies Biskit (jak stał się naszym współmieszkańcem to inna
historia) wyleciał jak szalony przez otwarta bramę i pogonił, fakt, że trochę
zbyt aktywnie, innego psa. Ale też tak tu jest, że tutejsze psy to nie
wymuskane salonowce, żyją swoim życiem, gonią się i podgryzają (przypominają mi
się książki dla dzieci Grabowskiego), normalna sytuacja.
Ale w pobliżu siedział właściciel psa. Podniósł się i w
furii wziął do ręki duży kamień i się zamachnął w moim kierunku. Ja mówię tylko
ostro „awas” – „uważaj”, mierzę go wzrokiem i wchodzę do domu.
Po około godzinie Sardin idzie się ostrzyc, wychodzi i wraca
po minucie. Zaczyna ostrzyć parang. Okazuje się, że gość szedł za nim, gadając
– „chcę do więzienia tej nocy, zabiję ich”. Na takie coś naostrzony parang jest
dużo lepszy niż np. wołanie policji.
Nie wiem skąd taka gwałtowna reakcja. Uważam natomiast, że
Indonezyjczycy są mistrzami autopromocji. Tyle peanów na ich cześć na blogach,
portalach, jacy są łagodni, uśmiechnięci i pomocni. Czy tylko mnie dotykają
efekty ich drugiej natury? Gwałtowność, reakcje absolutnie niewspółmierne do
sytuacji. Skąd opinia, że nie wolno tu wyrażać negatywnych emocji, krzyczeć, bo
jest to źle widziane skoro, jak już kiedyś pisałam, zostałam tu i pobita (po
drobnym nieporozumieniu) i grożono mi spaleniem łodzi i ściągnięciem całej
wioski w akcie zemsty? A mój divemaster wylądował w więzieniu bo pociął
parangiem kogoś z rodziny żony?
A teraz i ten człowiek z sąsiedztwa, łagodny Balijczyk z
Singaraji. Z którym nie mieliśmy żadnych kontaktów, prócz zdawkowych „dzień
dobry”, zanim zapałał do nas niewyjaśnioną niechęcią.
Sardin tłumaczy to zazdrością. Nie ważne o co i czy
uzasadnioną. Indonezyjczycy, szczególnie żyjący w małych skupiskach (jak nasze
osiedle albo miejsca na Flores, które znam), są ciągle zazdrośni i o ile się
da, pilnują, żeby nikt nie wystąpił przed szereg. A wiedzą, kto występuje bo wiedzą o sobie wszystko. A już szczególnie
w rodzinie. Broń boże ktoś ma coś więcej niż kuzynka, ktoś zbuduje dom murowany
zamiast bambusowych ścian. Żeby komuś nie powodziło się za dobrze robią mu
często zimny prysznic za pomocą czarnej magii. Jak ktoś ma czegoś za dużo
rozpuszczają plotki, że zdobył to za pomocą tuyula (a mieć tuyula to nic
pozytywnego z moralnego punktu widzenia). Punktem zapalnym jest często ziemia.
Na Flores w wioskach wszystko jest na gębę, nie ma ksiąg wieczystych, dzieci
dużo, po latach nie wiadomo co jest czyje a nawet jeśli wiadomo to zawsze można
spróbować to podważyć (bo zamiast pracować a nuż coś skapnie, ot tak). Łatwo o początek wojny rodzinnej (patrz wyżej a propos divemastera Nurdina),czasem międzywioskowej.
No i emocje puszczają. Niekontrolowanie.
I to jest paradoks. Bo z drugiej strony już dawno
wymyśliłam, że Indonezyjczycy powinni robić karierę w zawodach wymagających
umiejętności totalnego zachowania spokoju, rozumianego tu jako całkowita
odporność na zarzuty drugiej strony. Np. praca w call center. W takich
sytuacjach Indonezyjczycy pozostają niewzruszeni, jak skała ze słodkim
głosikiem. Zupełnie niepomocni. Nic nie jest w stanie ich wzruszyć. Można machać
rękami, krzyczeć i pogrążać się we wściekłości, na ich twarzy nie drgnie żaden
mięsień a głos jest gładki jak aksamit. Tu akurat jest prawdą, że emocjonowanie
się w dochodzeniu swoich praw nie ma najmniejszego sensu, kończy się na robieniu z siebie idioty.
Chyba po prostu nie ma tu stanu pośredniego – zwyczajnej i
spokojnej wyjaśniającej rozmowy na argumenty. Tutaj się gubią i stosują uniki ,
nie podejmują dyskusji.
środa, 6 listopada 2013
Magazyn "Podwodny Świat"
A to tekst, jaki ukazał się kiedyś w magazynie "Podwodny Świat"
"Już z samolotu, jakim leci się przez poltorej godziny z Bali do Labuan Bajo, możemy doskonale zobaczyć rafy Komodo. Śmigłowy ATR zniża się do lądowania na wyspie Flores…
"Już z samolotu, jakim leci się przez poltorej godziny z Bali do Labuan Bajo, możemy doskonale zobaczyć rafy Komodo. Śmigłowy ATR zniża się do lądowania na wyspie Flores…
Po odbiorze bagażu i 10-minutowym przejeździe z lotniska w
Labuan Bajo do portu, safari zaczyna się od razu. Jest południe. Wypływamy.
Przed nami przygoda w jednym z najbardziej zróżnicowanych podwodnych
ekosystemów świata, gdzie wody Oceanu Indyjskiego mieszają się z wodami
Pacyfiku zapewniając nam już nigdy niezapomniane wrażenia.
Tego dnia jest w planie jedno nurkowanie, tzw. check dive.
Jeśli naczytałeś się o silnych
prądach na Komodo tu możesz być spokojny – w łatwych warunkach sprawdzisz
siebie i sprzęt, odpowiednio się wyważysz.
A potem płyniemy już w stronę wyspy Komodo, która od
początku safari majaczy na horyzoncie stając się coraz wyraźniejsza. I to w jej
pobliżu, w spokojnej zatoce łódź „bojkuje” na noc.
Drugi dzień to już dzień full nurkowy. Nurkowania odbywają
się północnej części Parku Narodowego i tu zostaniemy przez najbliższe dwa dni.
To są miejsca znane z dużych pelagicznych ryb i pięknych korali. Najróżniejsze
są typy nurkowisk – podwodne góry, kanały, slopy, granie. W zasadzie wszystkie
miejsca są narażone na prądy, ważne aby tak dobrać czas i miejsce nurkowania, aby
nikt nie czuł dyskomfortu przy swoich umiejętnościach nurkowych. Są to bowiem
prądy pływowe, o różnym nasileniu w ciągu dnia.
Na „Castle Rock” warto zanurkować nawet parę razy. Za każdym
jest to kompletnie inne miejsce. Tuż przed przyjściem prądu możemy czuć wręcz
przez skórę, jak ogromne stada ryb szykują się na jego przyjście, woda jakby
drży . To królestwo giant travellies. One tu rządzą siejąc strach wśród
ogromnych ławic fusilliers. A gdy prąd nadchodzi zaczyna się przedstawienie –
polowanie. Travellies są szybkie jak
gepardy, co rusz znajdujemy się w uciekającej przerażonej ławicy mniejszych
ryb. Także rekiny ruszają się z piasku i zaczynają robić swoje kółka. A gdy
przypadkiem delfiny bottlenose zdecydują się na posiłek, pod wodą wybucha
prawdziwa panika. To najdynamiczniejsze z nurkowisk, cały czas trwa akcja. My
znajdujemy się przez wiekszą część nurkowania w jednym miejscu, wykrecając
glowę na wszystkie kierunki.
Podobne w charakterze jest Crystal Rock.
Natomiast kiedy nurkujemy w jednym z dwóch kanałow to my
jestesmy elementem dynamicznym – płyniemy z prądem, z trudem zatrzymując się
aby przypatrzeć się mijanym cudom – ogromnym sweetlipsom, bumphead
parrotfishom, żółwiom…
Lighthouse to znane na całym obszarze miejsce, gdzie
gromadzą się groupery na rozmnażanie. Najlepiej tu nurkować w czasie pełni
księżyca lub nowiu. Możemy wtedy zobaczyć jak samce „podgryzają” się wzajemnie,
urządzając długie gonitwy pod naszym nosem.
Wynurkowawszy się na północy płyniemy w północno-centralną
część parku. Także tutaj są rożnego rodzaju nurkowiska ale królem jest Batu
Bolong. Ta skała wyrastająca pośrodku kanału jest domem dla ogromnej liczby
gatunków. Stromo spadające ściany w całosci pokryte są koralem, niedużym,
przyległym do skały z powodu silnych prądów, nacierających raz z północy a raz
z południa. Ale my nurkujemy zawsze w tej osłoniętej od prądu części skały i w
spokoju podziwiamy krążące wokół rekiny, giant travellies, podpatrujemy liczne
tu żółwie. A kto chce bliżej ściany – ślimaki nagoskrzelne i krewetki.
Na 5 metrach, tuż przed wynurzeniem się, kolory rafy wprost
odurzają.
W tej części parku jest też znane plateau, ulubione miejsce
żerowania mant wrac z licznymi cleaning stations. Nawet w silnym prądzie jest
to łatwe nurkowanie. Spływamy z prądem na paru lub kilkunastu metrach
napotykając nadciagające pod prąd manty.
Czesem mże być ich kilkadziesiąt. A poza nimi – rekiny, żółwie i bumphead
parrotfishe.
I jeszcze parę innych
nurkowań – każde niepowtarzalne, małe skalne wysepki z licznymi niewielkimi
grotami, drift dives i ruszamy w zupełnie inną krainę – Południe!
To inny ekosystem, Oceanu Indyjskiego, możemy się poczuć
jakbyśmy zmienili akwen o tysiące mil. Woda staje się bardziej zielona, mniej
przejrzysta a pod nią napotykamy zupełnie inny krajobraz. Długie miękkie korale
oraz bajecznie kolorowe crynoids pokrywają ściany, głazy i sufity grot. Ale nie
tylko po to tu przypłynęlismy – południe wyspy Rinca to raj dla miłosników
życia bezkręgowego. Ślimaki, krewetki, kraby w przeróżnych kolorach i rozmiarach
czekają na wprawne oko lub odpowiedni obiektyw. Tu znajdują się najlepsze
miejsca do nurkowań nocnych.
Spędzamy w tej krainie około 2 dni.
Zbliżamy się do końca safari. Jeśli czas pozwala a na
Północy przypadkiem nie udało się zobaczyć mant płyniemy jeszcze na południe wyspy
Komodo. To inny manta point w parku.
Przez całe safari nie brakuje także innych, obok nurkowania,
atrakcji. Komodo, jak wszyscy wiedzą, to dom dla największych waranów świata –
smoków z Komodo. Żyją one na dwóch wyspach parku – Rinca i Komodo. Aby je
podglądnąć w naturalnym środowisku wyruszamy w któryś dzień na dwugodzinny
trekking po afrykańskopodobnej sawannie, stanowiącej ich środowisko. Spotykamy
także ich typowe menu – bawoły wodne, jelenie timorskie, dzikie świnie oraz
inne zwierzęta.
Także w innych dniach jest
co robić – wspinamy się na góry na niewielkich bezludnych wyspach aby
podziwiać zachód słońca. Robimy przejażdżkę małą łódką lub kajakami w lesie
namorzynoym.
Komodo oferuje mnóstwo atrakcji. Także nienurek się tu nie nudzi – piękne plaże,
snorkelling, trekkingi."
niedziela, 3 listopada 2013
Magazyn "Nurkowanie"
Artykuł, który napisałam o Komodo dla magazynu "Nurkowanie". Ukazał się w sierpniu 2010.
"Komodo, kraina odkryta dla zachodnich ludzi od ponad stu lat, najpierw tylko naukowców a od kilkudziesięciu dla zwykłych turystów. Największe na świecie warany, „prawie afrykańska” sawanna wyłaniająca się niespodziewanie z lazurowego morza, która jest ich domem. Prastare korzenne szlaki Bugisów, morskich cyganów. Wioski rybackie oraz konkurenci ich mieszkańców – zwinne i wielkie orły rybołowy. Kraina na końcu świata, spalona słońcem i smagana monsunami. Surowa i dziewicza.
"Komodo, kraina odkryta dla zachodnich ludzi od ponad stu lat, najpierw tylko naukowców a od kilkudziesięciu dla zwykłych turystów. Największe na świecie warany, „prawie afrykańska” sawanna wyłaniająca się niespodziewanie z lazurowego morza, która jest ich domem. Prastare korzenne szlaki Bugisów, morskich cyganów. Wioski rybackie oraz konkurenci ich mieszkańców – zwinne i wielkie orły rybołowy. Kraina na końcu świata, spalona słońcem i smagana monsunami. Surowa i dziewicza.
Przybysze z nie jaszczurczego świata, szukają tu emocji w
spotkaniu z głównym łowcą tego archipelagu, krwiożerczym waranem z Komodo,
którego tylko jedno ugryzienie zabija wielkiego wodnego bawołu. Szukają
subtelnych zmian kolorów o wschodzie słońca oraz ferii barw o jego zachodzie.
Szukają plaż nie pokrytych parasolami, na które morze wyrzuca wielkie muszle a
piasek jest koloru czerwonego.
Są tacy, którzy szukają także tego, czego nie można od razu
zobaczyć z pokładu drewnianego szkunera lub małej miejscowej łódki, a o czym
warto wiedzieć przed podróżą. Ci wiedzą dobrze, czego szukają. To Komodo pod
wodą – rzecz specjalna i niespotykana. Tuż pod powierzchnią wód okalających
wyspy archipelagu znajduje się jeden z najpiękniejszych, najbardziej
zróżnicowanych i zaskakujących morskich systemów na świecie. To jakby nie jeden
akwen, zdaje się, że to parę różnych mórz zlanych w jedno, tak bogata jest jego
flora i fauna, tak zmienne i różne w charakterze miejsca, gdzie możemy
nurkować. A wiele jest na bieżąco odkrywanych. Na Komodo wszystko jest jakby
większe i jest wszystkiego więcej.
To właśnie tu przydarzyło mi się mieć mój drugi dom i to tu
spędzam większa część roku. Doszło do tego przez splot różnych okoliczności,
które spowodowały, że znam te wyspy tak jak ulice w Krakowie i już zawsze zostaną
w mojej pamięci, choćbym miała je kiedyś opuścić na zawsze.
Nie jestem oczywiście w stanie znać wszystkich ryb,
rozróżniać poszczególne gatunki gruperów, angelfishów, butterflyfishów... Znać
wszystkie krewetki i ślimaki nagoskrzelne. Ważne jest za to dla mnie ogólne
poczucie wolności i piękna otaczającego nas na rafach koralowych oraz te
specjalne niepowtarzalne podmorskie spotkania, które zostają w pamięci na
zawsze a które na Komodo zdarzają mi się często. Gdy spotykam się z czymś
wielkim, większym od nas czy z czymś zgoła mikroskopijnym, świadomość, że ta
istota tak samo jak my istnieje w tym momencie na tym świecie i być może jest
zagrożona w swoim istnieniu rozczula i wyzwala potrzebę ochrony.
Tym bardziej, że są stwory, z którymi spotykam się regularnie,
często czekają w tym samym miejscu, koniki pigmeje na swoich gorgoniach,
krabiki na anemonach, langusty w swoich jamkach. Nawet manty, które są wielkie
i wolne wydaja mi się już znajome choć może takie stwierdzenie to pycha.
Są nurkowania, które zapamiętam na zawsze. Są takie, które
mogę nurkować raz za razem i na pewno mi się nie znudzą. Ukochane miejsce to
Castle Rock na północy wyspy Komodo, podwodna góra pokryta koralami, która
przyciąga jak magnes z szerokiego morza wokół ryby pelagiczne i rekiny.
Tu przypływają na żer i urządzają spektakularny pokaz
żywotności natury. Rekiny, wielkie ostroboki, tuńczyki za nic maja silny prąd,
ich ciała jakby się nie poruszały a przecież muszą przyspieszać w gęstej
wodzie, żeby dosięgnąć zdobyczy. Wpływają w ławice mniejszych ryb, które
uciekając w panice wpadają na nas, nurków. Przez chwile nic nie widać, jesteśmy
w rybnej chmurze zasłaniającej słońce, aż do chwili gdy łowcy przepędzą
zwierzynę daleko od nas. Chwila odpoczynku i spektakl zaczyna się od nowa.
Manty, mogę je oglądać godzinami. Wiem, że także dla wielu
innych nurków jest to przeżycie zgoła metafizyczne. Niejeden wychodzi na
powierzchnię ze łzami w oczach. Szczęście, że miejsca na Komodo, w których
manty się gromadzą, czasem nawet w wielkie stada, są płytkie i można
przeciągnąć nurkowanie do oporu. Nikomu nie chce się wynurzać gdy przebywa z
mantą oko w oko w odległości jednego metra. Manta łypie okiem ale trwa
nieporuszona, majestatyczna, nic sobie nie robiąc z prądu, który w końcu
zwycięża z nurkami. Albo krąży nad głowami nie bojąc się wcale. Albo bawi się z
innymi mantami, ściga z nimi i ucieka nam z oczu. A zaraz napływają inne,
pojedyncze i w grupach, także moje ulubione Zorra – czarne manty, prawdziwe
diabły. Nie warto ścigać mant, to czy znajdą się tuż przy nas to ich decyzja.
Nurkując na Komodo w wielu miejscach musimy czynić przykry
wybór – rozglądać się wokoło za wielkimi rybami i oglądać ich spektakl czy
skupić się na rafie w poszukiwaniu niewiadomego małego odkrycia. Są też
miejsca, gdzie możemy sobie zażyczyć coś specjalnego właśnie tu i teraz, w tym
nurkowaniu. Po mantach, dla kontrastu, możemy zanurkować w poszukiwaniu koników
pigmejów. Lepiej wiedzieć, gdzie one mieszkają ale zawsze warto poszukać
nowych, z nuż zdarzy się niespodzianka. Śmieszą ich ogonki zawinięte na
gałązkach gorgoni.Tak jak u delfinów – ich pyszczki są bardzo sympatyczne.
Wydają się stoickie, tkwią nieporuszenie i z cierpliwością błyskanie fleszy
podwodnych fotografów.
Przypływając na Południe parku zaskakuje nas inny charakter
nurkowań. W mniej przejrzystej, zielonkawej wodzie, stają się one bardziej
tajemnicze i nastrojowe, na pierwszy rzut oka nie tchną tą wspaniałą
witalnością Północy. Ale to złudzenie, tu także odbywa się spektakl, podzielony
na fragmenty, trzeba podpłynąć i z bliska się przyjrzeć malutkiemu wielkiemu
światowi.
Moje ulubione jabłka morskie pokrywają spory kawałek rafy
pożywiając się przez filtrowanie wody, nieznużenie i systematycznie. Warto się
nad nimi zatrzymać, zerknąć z jaka precyzją ich „macki” wyłapują plankton i na
zmianę chowają się w wielobarwnym wnętrzu.
Najbardziej charakterystyczny pejzaż Południa Komodo to
Cannibal Rock, moje ulubione miejsce na nurkowanie nocne. Tę podwodną górę
pokrywają cryinods, zwykle czarne i zielone i długie korale miękkie. A wśród
nich co kto tylko potrafi wypatrzyć, kraby, krewetki, ślimaki nagoskrzelne
malutkie żaboryby. Jakaś niespodzianka zawsze się znajdzie. Niektórzy mówią, że
nurkowanie jest udane kiedy spotka się na nim coś dla siebie zupełnie nowego,
choćby nową sytuację, inne ubarwienie lub nawet nowy gatunek. Komodo pod tym
względem rzadko kogoś rozczarowuje.
Prądy, z których słynie Komodo to nieustająca przygoda. Raz
wydaje mi się, że nie taki straszny diabeł jak go malują a kiedy indziej
przepełniają mnie grozą. Jedno jest pewne – można dużo o nich wiedzieć ale
poznać do końca się nie da i niespodzianki mogą się zdarzać. Zbyt dużo faktorów
na nie wpływa prócz faz księżyca. Ważne aby prąd był naszym sprzymierzeńcem,
ułatwiał nurkowanie i wydobywał z niego to co najlepsze. To w prądzie miękkie
korale z karłowatych zwitków rozwijają się aby się zaprezentować w swojej
pełnej krasie na Tatawa Besar. W prądzie wydaje się, ze woda drży i skrzy i
wydarzy się coś nieprzewidzianego a pięknego. W prądzie polują ryby. Wreszcie w
prądzie nurkowanie może stać się sportem dynamicznym. My zespalamy się z
przyrodą, z morzem, płyniemy jego naturalną prędkością. Lub, gdy się
zatrzymujemy, bo podziwiamy to, co się w prądzie rozgrywa przed naszymi oczami,
w pełni czujemy jego siłę i nieokiełznanie.
Wyspy w archipelagu Komodo zmieniają się w ciągu roku. W
czasie pory deszczowej sucha sawanna zazielenia się i od strony morza
przypomina bardziej Irlandie niż dalekie krainy na drugiej półkuli. Potem wyspy
się wysuszają i przychodzi monsun z południowego wschodu, znad Australii.
Zmienia się krajobraz, światło, tylko pod woda pozostaje jednakowo pięknie,
choć nigdy tak samo."
piątek, 1 listopada 2013
Łodzie
Sympatyczna wioska Kusumba na wschodnim wybrzeżu Bali. Pojechaliśmy tam w sprawie pewnego silnika do speedboata (czyli jakby łódki pomocniczej do łodzi głównej), który został następnie wysłany do Labuan Bajo. A przy okazji zrobiliśmy spacer po czarnej wulkanicznej plaży zawalonej łodziami rybackimi wyciągniętymi na piasek. W południe wioska spała, turystów też nie uświadczyliśmy. Niektóre łodzie miały malowane rufy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







