Wyspa Papagaran, Park Narodowy Komodo, dzieci
Blog o życiu na tropikalnej wyspie Flores w Indonezji, przygodach na morzach Indonezji, budowaniu drewnianych łodzi, pracy w Parku Narodowym Komodo.
środa, 7 sierpnia 2013
Zabawy dziecięce
Dzieci w
Indonezji się bawią, chyba lepiej niż zachodnie dzieci. Prócz rozpuszczonych dzieciaków z bogatych domów nie mają zabawek. Prawie nie
mają bo czasem widzi się w ich rękach jakąś straszną i nietrwałą chińszczyznę,
już zwykle rozwaloną.
Na Papagaran
(wioska w Parku Narodowym Komodo) mają morze i, przynajmniej kiedy my tam
stacjonowaliśmy przez 2 dni, korzystali z niego zabawowo pełnymi garściami. Jak
już kiedyś pisałam – szkoda, że nie ma dla nich dalszej oferty, gdy trochę podrosną.
Bo w wieku kilku lat są naprawdę bardzo sympatyczni, mają fantazję i radość życia.
Zauważyłam,
że w ogromnym zabawowym rozgardiaszu cały czas zwracali uwagę na małego Tonia. Na
pewno po części dlatego, że był dla nich atrakcją ale są też zapewne
przyzwyczajone do takiej opieki. Dzieci jest niesamowita ilość. Ktoś w rodzaju „władzy”
zewnętrznej, stacjonujący tam urzędnik przysłany z Labuan Bajo, powiedział mi,
że jest około 300 „kepala keluarga” czyli głów rodziny. Pod którym to pojęciem rozumie
się oczywiście męża. A liczbę dzieci na głowę rodziny szacuje na około 6.
Dzieci ciągle
uważa się za bogactwo, za zabezpieczenie na przyszłość. W takich wioskach nie
ma żadnego problemu, żeby było ich dużo. Nie trzeba ich pilnować. Raz, że
wszędzie kręcą się inne dzieci oraz dorośli. Dwa, że nie ma ich za bardzo przed
czym chronić. Odpada martwienie się o samochody (bo nie ma), motory (prawie nie
ma choć parę sztuk się już pojawiło np. w wiosce na Komodo, przywiezione małymi
łódkami z Labuan Bajo jako niezbędna rzecz do przemierzania niespełna kilometra).
O wyżywienie bo zawsze coś zjedzą, choćby ryż ze złapaną rybą. Przyszłą
edukacją i jej kosztami nikt sobie chyba głowy nie zaprząta. Nie ma porwań. Co
najwyżej w wioskach na Rinci i Komodo można się martwić o atak warana. Brzmi poważnie ale zdarza się rzadko.
Natomiast
dzieciaki na Bali to coś strasznego. Ceny ziemi osiągnęły takie wysokości, że wystarczy
mieć parę metrów kwadratowych aby po ich sprzedaży się urządzić. Konsumpcja za
ziemię kwitnie. Grube dzieci rozbijają się skuterami, urządzają sobie na nich
wyścigi, za nic mają swoje umięjętności i możliwości ulicy. Wszyscy kupują samochody i wyspa
się zapycha. Kiedyś w tygodniku „Polityka” był artykuł o rajach utraconych
(jako przykłady były podane wyspy greckie i właśnie Bali). Było tam napisane o
biednych chłopach sprzedających ziemię a potem zagrożonych głodem bo nie mają
na czym wysadzić ryżu. Te czasy na pewno
minęły (cała reszta artykułu jest natomiast jak najbardziej prawdziwa) a bańka
się nadyma.
niedziela, 4 sierpnia 2013
Putu
Wspomniane w poprzednim poście – putu czyli słodkie ciasteczka z kokosa połączonego z czerwonym cukrem.
Motor z putu objeżdża dość duży obszar i jest u nas (na oko) tylko raz na tydzień.
Para, która bucha z jego kotła przepuszczana jest przez gwizdek, zapowiadając wizytę putu odpowiednio wcześnie, żeby można było wyskoczyć z domu i machnąć albo
krzyknąć. Wtedy podjeżdża. Trzeba powiedzieć za ile pieniędzy ma zrobić ciasteczek i kierowca-cukiernik zabiera się do szybkiej roboty.
Do krótko ucietej rurki pcv upycha wiórki kokosowe, pośrodku przełożone czerwonym cukrem. Kiedyś używano do tego rurek bambusowych ale pcv są oczywiście praktyczniejsze.Rurki ogrzewają się na blasze, a potem ich zawartośc jest wypychana na podkładkę, posypywana jeszcze kokosem i gotowa do konsumpcji.
Do krótko ucietej rurki pcv upycha wiórki kokosowe, pośrodku przełożone czerwonym cukrem. Kiedyś używano do tego rurek bambusowych ale pcv są oczywiście praktyczniejsze.Rurki ogrzewają się na blasze, a potem ich zawartośc jest wypychana na podkładkę, posypywana jeszcze kokosem i gotowa do konsumpcji.
piątek, 2 sierpnia 2013
Balangan
Mieszkanie na osiedlu domków jednorodzinnych na Bali, tzw.
perumahan, może być bardzo proste dla tego, kto zdecyduje się korzystać z
bogatej oferty usług dojeżdżających lub dochodzących do każdego domu.
Od świtu słychać „roti roti”. „Roti” znaczy chleb i ten
sygnał oznacza, że motorek już rozwozi po ulicach chleb. Nie korzystamy z jego
usług bo sprzedaje tylko straszliwie biały chleb tostowy oraz różne słodkie
bułki. Ale w razie potrzeby wyprawa do sklepu po chleb nie byłaby konieczna.
Po chlebie zjawiają się w różnej kolejności – motorowy sklep
warzywny, motorowy sklep rybno-mięsny. Sklep ogrodniczy na samochodzie zwanym
tu keri (od carry). Jeździ też co jakiś
czas motorowy sklep 1001 drobiazgów – sprzedaje wieszaki na ubrania, wiadra i
inne rzeczy. Sprzedawcy misek i wiader
docierają też na piechotę uderzając mocno w dna swoich wytworów dla
podkreślenia ich solidności.
Co jakiś czas zagląda naprawiacz butów, sandałów i klapek.
Z oferty restauracyjnej mamy motorowe – bakso (zupa z
kulkami mięsnymi), putu (coś w rodzaju mokrych kokosowych ciastek z czerwonym
cukrem). Oraz różne napoje i desery.
Dojeżdża też co jakiś czas rozrywka (choć ta mnie nie bawi,
w przeciwieństwie do licznej dzieciarni) – stary człowiek na motorze z małpką
dająca przedstawienie.
Rozleniwienie ludzi spotyka się z bogata ofertą drobnych
biznesów. Ale zwykle to nie oni są właścicielami interesu. Prawie każda,
najmniejsza nawet działalność, ma jeszcze swojego bossa. Kogoś, kto ma trochę
więcej pieniędzy i już nie pracuje zbyt dużo albo robi coś innego. Kiedyś mój
kucharz powiedział, że gdyby miał samochód to by zatrudnił kierowcę i to ten
kierowca by woził turystów, nie Dul. Dul by siedział w domu, już by nie
pracował. Wolałby tak się lenić, tracić pieniądze na czyjąś pensję niż pracować
własnymi rękoma.
piątek, 21 czerwca 2013
Magia 4
Znowu. Nie chce tego doświadczać bo wolę rozumieć, co się dzieje. Albo przynajmniej
mieć przeświadczenie, że jest jakieś logiczne wytłumaczenie, oparte na
podstawach, które i ja uznaję.
A tymczasem – popołudnie w Jimbaran, odpływ, morze cofnięte
i daleko płytkie. Toni skacze na małych falach. Dołączają się dwaj chłopcy,
trochę starsi, zagadują. Toni mówi, ze go boli noga. Pod nogami mamy piasek ale
upstrzony małymi kamieniami lub raczej kawałkami korali. Uznaję więc, że niefortunnie
nadepnął na coś takiego i go zabolało. Zresztą po minucie jest po sprawie i
skaczemy dalej.
Wracamy do domu, przychodzi noc, Toni śpi.
Środek nocy – Toni budzi się z głośnym płaczem, łzy się
leją, coś go boli. Dopytujemy co, odpowiada, że to z kąpieli w morzu, że noga,
ledwo mówi przez łzy. Nienaturalny płacz trwa, wzmaga się. Ja w panice, chwytam
za paracetamol dla dzieci ale nic się nie da zrobić, wszystko wypluwa.
Budzi się dziadek z Flores, który jest na Bali na badaniach
lekarskich. Przed siedemdziesiątką, stary wilk morski, który jeszcze bez
silnika opłynął morza Indonezji na drewnianych łodziach. Teraz kulawy i
ślepnący. Ale pewne rzeczy podobno widzi.
Bierze szklankę wody i w półmroku coś nad nią szepce. Potem
daje ją Toniowi do wypicia. Toni pije. I wtedy zachodzą dwa procesy
jednocześnie – w przeciągu minuty Toni spokojnieje, płacz ustaje, usypia,
powiedziałabym nawet, że błogo. A jego dziadek z Flores – w tym samym czasie
widzę, jak go naciąga na wymioty, szarpie całym ciałem aż leci do łazienki.
Po wszystkim pytam, o co chodzi. Wyjaśnienie – Toni kapał
się w pobliżu miejsca, gdzie ktoś kiedyś stracił życie. I ten ktoś tam pozostał
a potem poszedł za nim, przyczepił się do dziecka bo dziecko łatwiej jest
wykorzystać. Albo mu się spodobało. A dziadek z Flores ma zdolność widzenia
zmarłych, tych którzy się szwendają po ziemi. Widzi ich tak, jak umarli czyli
jeśli był to wypadek to poharatanych, opuchniętych i w każdym innym stadium. A wymiotuje od potwornego smrodu. To cena, jaką płaci za umięjętność wypraszania duchów.
Wyjaśnienie banalne, trochę się rozczarowałam. Ale i
przestraszyłam. Zdarzyło się nam to dwa razy. A ostatnio gościłam w domu
znajomą, która rok temu podróżowała po Azji. Gdy opowiedziałam jej naszą
historię ona powiedziała mi coś takiego – mieszkała w hostelu w Melace w
Malezji. Właściciel dowiedziawszy się, że Kasia jest z Bali opowiedział jej swoją
historię – ponieważ jest kimś w rodzaju szamana zgłosiła się do niego rodzina z
Kanady. Parę miesięcy wcześniej byli na wakacjach na Bali, mieszkali w
Jimbaran. Ich dwaj chłopcy kąpali się jak Toni na falach. Nagle jeden z nich,
około 5 letni, dostał drgawek i stracił przytomność, której nie odzyskał przez
wiele miesięcy. Rodzice szukali różnorakiej pomocy, trafili też m.in. do niego.
Ale nie dał rady pomóc. Patrząc na zdjęcie z basenu, zrobione niedługo przed
wypadkiem, mógł tylko zobaczyć ‘ducha’. Twierdzi, że jest to duch osoby, która zginęła
w drugich bombach na Bali. Wybuchły one między innymi w restauracji na plaży w
Jimbaran, bardzo niedaleko miejsca, gdzie kapał się Toni. Duch był jednak zbyt
silny, żeby go z chłopca wypędzić.
Napisałam do szamana z Melaki. Może możemy pomóc chłopcu, jesli ciągle jest w tym samym stanie. Szaman podobno bardzo się przejał tym, że nie umiał pomóc. Jeszcze czekam na odpowiedź, o ile ta w ogóle nadejdzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















