piątek, 2 sierpnia 2013

Balangan

Mieszkanie na osiedlu domków jednorodzinnych na Bali, tzw. perumahan, może być bardzo proste dla tego, kto zdecyduje się korzystać z bogatej oferty usług dojeżdżających lub dochodzących do każdego domu.
Od świtu słychać „roti roti”. „Roti” znaczy chleb i ten sygnał oznacza, że motorek już rozwozi po ulicach chleb. Nie korzystamy z jego usług bo sprzedaje tylko straszliwie biały chleb tostowy oraz różne słodkie bułki. Ale w razie potrzeby wyprawa do sklepu po chleb nie byłaby konieczna.




Po chlebie zjawiają się w różnej kolejności – motorowy sklep warzywny, motorowy sklep rybno-mięsny. Sklep ogrodniczy na samochodzie zwanym tu keri (od carry). Jeździ też co jakiś czas motorowy sklep 1001 drobiazgów – sprzedaje wieszaki na ubrania, wiadra i inne rzeczy. Sprzedawcy misek i wiader docierają też na piechotę uderzając mocno w dna swoich wytworów dla podkreślenia ich solidności. 




Co jakiś czas zagląda naprawiacz butów, sandałów i klapek.



Z oferty restauracyjnej mamy motorowe – bakso (zupa z kulkami mięsnymi), putu (coś w rodzaju mokrych kokosowych ciastek z czerwonym cukrem). Oraz różne napoje i desery.




Dojeżdża też co jakiś czas rozrywka (choć ta mnie nie bawi, w przeciwieństwie do licznej dzieciarni) – stary człowiek na motorze z małpką dająca przedstawienie.

Rozleniwienie ludzi spotyka się z bogata ofertą drobnych biznesów. Ale zwykle to nie oni są właścicielami interesu. Prawie każda, najmniejsza nawet działalność, ma jeszcze swojego bossa. Kogoś, kto ma trochę więcej pieniędzy i już nie pracuje zbyt dużo albo robi coś innego. Kiedyś mój kucharz powiedział, że gdyby miał samochód to by zatrudnił kierowcę i to ten kierowca by woził turystów, nie Dul. Dul by siedział w domu, już by nie pracował. Wolałby tak się lenić, tracić pieniądze na czyjąś pensję niż pracować własnymi rękoma.




piątek, 21 czerwca 2013

Magia 4

Znowu. Nie chce tego doświadczać bo wolę  rozumieć, co się dzieje. Albo przynajmniej mieć przeświadczenie, że jest jakieś logiczne wytłumaczenie, oparte na podstawach, które i ja uznaję.

A tymczasem – popołudnie w Jimbaran, odpływ, morze cofnięte i daleko płytkie. Toni skacze na małych falach. Dołączają się dwaj chłopcy, trochę starsi, zagadują. Toni mówi, ze go boli noga. Pod nogami mamy piasek ale upstrzony małymi kamieniami lub raczej kawałkami korali. Uznaję więc, że niefortunnie nadepnął na coś takiego i go zabolało. Zresztą po minucie jest po sprawie i skaczemy dalej.

Wracamy do domu, przychodzi noc, Toni śpi.

Środek nocy – Toni budzi się z głośnym płaczem, łzy się leją, coś go boli. Dopytujemy co, odpowiada, że to z kąpieli w morzu, że noga, ledwo mówi przez łzy. Nienaturalny płacz trwa, wzmaga się. Ja w panice, chwytam za paracetamol dla dzieci ale nic się nie da zrobić, wszystko wypluwa.

Budzi się dziadek z Flores, który jest na Bali na badaniach lekarskich. Przed siedemdziesiątką, stary wilk morski, który jeszcze bez silnika opłynął morza Indonezji na drewnianych łodziach. Teraz kulawy i ślepnący. Ale pewne rzeczy podobno widzi.

Bierze szklankę wody i w półmroku coś nad nią szepce. Potem daje ją Toniowi do wypicia. Toni pije. I wtedy zachodzą dwa procesy jednocześnie – w przeciągu minuty Toni spokojnieje, płacz ustaje, usypia, powiedziałabym nawet, że błogo. A jego dziadek z Flores – w tym samym czasie widzę, jak go naciąga na wymioty, szarpie całym ciałem aż leci do łazienki.

Po wszystkim pytam, o co chodzi. Wyjaśnienie – Toni kapał się w pobliżu miejsca, gdzie ktoś kiedyś stracił życie. I ten ktoś tam pozostał a potem poszedł za nim, przyczepił się do dziecka bo dziecko łatwiej jest wykorzystać. Albo mu się spodobało. A dziadek z Flores ma zdolność widzenia zmarłych, tych którzy się szwendają po ziemi. Widzi ich tak, jak umarli czyli jeśli był to wypadek to poharatanych, opuchniętych i w każdym innym stadium. A wymiotuje od potwornego smrodu. To cena, jaką płaci za umięjętność wypraszania duchów.


Wyjaśnienie banalne, trochę się rozczarowałam. Ale i przestraszyłam. Zdarzyło się nam to dwa razy. A ostatnio gościłam w domu znajomą, która rok temu podróżowała po Azji. Gdy opowiedziałam jej naszą historię ona powiedziała mi coś takiego – mieszkała w hostelu w Melace w Malezji. Właściciel dowiedziawszy się, że Kasia jest z Bali opowiedział jej swoją historię – ponieważ jest kimś w rodzaju szamana zgłosiła się do niego rodzina z Kanady. Parę miesięcy wcześniej byli na wakacjach na Bali, mieszkali w Jimbaran. Ich dwaj chłopcy kąpali się jak Toni na falach. Nagle jeden z nich, około 5 letni, dostał drgawek i stracił przytomność, której nie odzyskał przez wiele miesięcy. Rodzice szukali różnorakiej pomocy, trafili też m.in. do niego. Ale nie dał rady pomóc. Patrząc na zdjęcie z basenu, zrobione niedługo przed wypadkiem, mógł tylko zobaczyć ‘ducha’. Twierdzi, że jest to duch osoby, która zginęła w drugich bombach na Bali. Wybuchły one między innymi w restauracji na plaży w Jimbaran, bardzo niedaleko miejsca, gdzie kapał się Toni. Duch był jednak zbyt silny, żeby go z chłopca wypędzić.

Napisałam do szamana z Melaki. Może możemy pomóc chłopcu, jesli ciągle jest w tym samym stanie. Szaman podobno bardzo się przejał tym, że nie umiał pomóc. Jeszcze czekam na odpowiedź, o ile ta w ogóle nadejdzie. 

czwartek, 23 maja 2013

Ranek w Loh Buaya

Po intensywnym tygodniu wreszcie idealny dzień. Ari Jaya stoi w Loh Buaya na Rincy. Ekipa filmowa, która kręci film o Komodo zeszła na cały dzień na wyspę. Nie ma zasięgu telefonu (katastrofa dla załogi) i nie ma internetu.

Loh Buaya znaczy Zatoka Krokodyli. Albo były tu kiedyś, jak mówią niektórzy, krokodyle albo, jak opowiadają inni, ktoś kiedyś pomylił warana z krokodylem i stąd nazwa.

Dla mnie dzień zaczął się o 5.30, kiedy próbowałam obudzić trzyosobowy zespół. Nie udało się, powitałam więc dzień bez ludzkich głosów, tylko wśród odgłosów lasu i morza – ptaki śpiewały, gekony skrzeczały, ryby skakały. Potem nadeszły trzy makaki. Trochę były sympatyczne, trochę się poawanturowały próbując wejść na pokład. Mimo zakazu jest całkiem przyjemnie je czymś poczęstować już się więc przyzwyczaiły do żebrania o jedzenie..

Kiedyś jeszcze parę waranów stacjonowało niedaleko i wpadały na pomost rankiem ale już się przeniosły w inne miejsce.

Kolejni nadpłynęli ludzie Bajo. Początkowo dwie łódki, które poruszają się jeszcze tylko za pomocą wioseł. Właściciel trzeciej, najmniejszej, dorobił się już silnika. Zapewne powoli wszyscy tak zrobią. Będzie im łatwiej ale jak i reszta łodzi zaczną hałasować. Kiedyś jak chcieliśmy kupić ryby wystarczyło klasnąć w dłonie i zaraz przypływali. Teraz gość z silnikiem, dwa dni później w wiosce Rinca, przepłynął koło nas niewzruszony, nie wychwytując naszych krzyków wśród ryku swojej maszyny.

Hasan, właściciel największej z łódek, kuleje na jedna nogę, pozostałość po poprzedniej pracy poławiacza pereł. Nie przypłynął Ahmad, który już w ogóle nie może chodzić z tego samego powodu. Tym razem żaden z rybaków nie ma przy sobie żony. Ale czasem przypływają i z żoną i z dziećmi. Na rufie mają  miejsce do gotowania. Na małych daszkach suszą ryby, chyba, że znajdą natychmiastowego kupca, jak my dzisiaj. Są od paru dni na morzu. Mają swój język, który dominuje w paru wioskach na Komodo. Bajo to tacy morscy nomadzi, którzy rozprzestrzenili się na morzach wschodniej Indonezji. Czasem zwani są tez morskimi Cyganami ale tak się mówi też o Bugisach.

Nazwa miasta Labuan Bajo wzięła się podobno stąd, że ludzie Bajo przypłynęli tam jako pierwsi. Labuan oznacza port.

Słońce coraz wyżej i przypływają pierwsze łodzie z turystami. Jedna zawalona ludźmi śpiącymi na pokładnie przypłynęła po 4 dniach z Lomboku. Loh Buaya to ostatni punkt ich programu. Inne przypłynęły z Labuan Bajo. Kremy, czapki, buty i wszyscy idą na warany. Nasza ekipa też.

























środa, 22 maja 2013

Sumbawa


Jedziemy przez Sumbawę, kilkaset kilometrów na wschód. Powtarzam drogę przebytą autobusem 9 lat temu. Wtedy jechałam w nieznane, teraz musimy po prostu dotrzeć do Sape na prom do Labuan Bajo.
Poza pierwszym przejazdem Sumbawa zawsze pozostała dla mnie biała plamą na mapie. Z samolotu widać prawie tylko lasy i góry i rzadkie wioski, malownicze bo dachy domów są pokryte czerwonymi dachówkami a nie zardzewiałą w mniejszym lub większym stopniu blachą, która dominuje na Flores. Była to jedyna rzecz, jaka mi się podobała w tej wyspie. Poza tym kojarzyłam ją tylko ze złowrogim Sape, siedzibą bombowych rybaków, którzy są zagrożeniem dla raf Komodo oraz twardym islamem. Traktowałam Sumbawę jako zło konieczne.

Tymczasem przejazd okazał się bardzo sympatyczny. Wbrew moim wyobrażeniu o muzułmańskim zacofaniu, które miało się objawiać straszną drogą i prawie że napadem uzbrojonych piratów (co mnie trochę niepokoiło) drogi były bardzo dobre a ludzie sympatyczni. Co więcej właśnie tu zobaczyłam, jedyne do tej pory w Indonezji ograniczenia prędkości. Przy wjeździe do wiosek – 40 km/h, przy wyjeździe odwołanie znaku.  W wioskach dobre chodniki, bez dziur. Przy zakrętach – oznaczenia. Ale tak to już mam, że jak jest napisane, że gdzieś w Indonezji panuje silny islam od razu mi się to kojarzy źle. (Inny podobny przypadek miałam ostatnio na Bali. Do naszego domu przyszła sąsiadka, kobieta z zakrytą głową szukająca zaginionego kotka. Już na tym etapie miałam dość mocny wewnętrzy dysonans – muzułmanka i troska o kota. Kiedy się okazało, że kotek prawdopodobnie nie żyje i kobieta zaczęła rozpaczać, zdziwienie moje nie miało granic. Nie miałam okazji sobie wcześniej uświadomić mojego przeświadczenia, że muzułmanin nie jest w stanie pokochać zwierzęcia). Różne stereotypy wychodzą na wierzch przy okazji. A może jednak to dotychczasowe doświadczenie? Niestety traktowanie zwierząt w Indonezji to coś strasznego, choć chyba nie zależy od religii. Natomiast np. w Labuan Bajo nie da się ukryć faktu, że w dzielnicach muzułmańskich, w tym w Kampung Ujung, gdzie i my rezydujemy (na szczęście w idealnym oddaleniu bo na boi), dbanie o jakikolwiek porządek to ostatnia z rzeczy, jaka przychodzi do głowy mieszkańcom. Kampung Ujung to królestwo szczurów, śmieci, prowizorki, chaosu. Absolutnie żadnego zainteresowania, żeby choć trochę było ładniej. Ale to zostawię na inną okazję.

Jak na Jawie transport publiczny odbywa się m.in. za pomocą becaka, tak na Sumbawie popularny jest benhur – wprawdzie nie rydwan ale zawsze coś w tym stylu - mini dorożka ciągnięta przez małego konika. Jeżdżą też śmieszne autobusy o nazwie jumbo, jakie już wycofano z użytku na Flores.

Mijamy "fabryki" krewetek oraz bliżej Bimy "fabryki" soli. Żadnych turystów, życie toczy sie swoim trybem.

W każdym razie – to był tylko przejazd ale w planie jest zwiedzenie Sumbawy zachodniej (wjazd promem od strony Lomboku) oraz wschodniej (wjazd promem z Flores) – w tym wspinaczka na Tamborę – wulkan zabójcę sprzed 200 lat! Oraz siedziby dwóch sułtanatów, w przeszłości dość potężnych, w Bimie i Sumbawie Besar. Sułtanat w Bimie kontrolował także Komodo oraz część Flores. 

Zdjęcia z powodu kombinowania z naszym prostym aparatem są w różnych trybach.




















poniedziałek, 18 lutego 2013

Na obczyźnie

1. FAZA MIESIĄCA MIODOWEGO - Faza fascynacji odmiennością kulturową. Nowe jedzenie, odmienny tryb życia i lokalne zwyczaje cieszą i wprawiają w euforię. Okres obserwacji i nowych odkryć.
2. FAZA NEGOCJACJI - Różnice kulturowe zaczynają powodować niepokój. Wzmaga się poczucie wyobcowania. Zaczynają się praktyczne problemy: zaburzenia rytmu okołodobowego, bezsenność, wymiana flory bakteryjnej.
3. FAZA PRZYSTOSOWANIA - Człowiek przyzwyczaja się i nabiera rutyny. Zaczyna sobie radzić, uczy się rozwiązywać bieżące problemy i zaczyna akceptować nowe zwyczaje.
4. FAZA MISTRZOSTWA - W tej fazie, przy zachowaniu przyzwyczajeń z własnej kultury, można w pełni uczestniczyć w nowej kulturze.
5. ODWRÓCONY SZOK  KULTUROWY - Po powrocie do domu mogą wystąpić te same symptomy, co podczas adaptacji do obcej kultury.

Taką tabelkę znalazłam w jednym z czasopism zostawionych na łodzi jeszcze w zeszłe wakacje. 

Nie podważając w najmniejszym stopniu wyników różnych badań, podsumowanych w tej tabelce, muszę stwierdzić, że w moim przypadku było zupełnie inaczej. A raczej na odwrót niż w tym zestawieniu.

W pierwszym okresie, zaraz po wylądowaniu w Labuan Bajo byłam w stanie takiego amoku, ze żadne różnice kulturowe nie sprawiały mi trudności. Nie żebym ich nie widziała, nie był to bynajmniej wspomniany w tabelce miesiąc miodowy, ale przy takim stopniu entuzjazmu nie wpływały w ogóle na moje samopoczucie. Kupowaliśmy wyspę, kupowaliśmy łódź…

Potem zaczął się remont łodzi, która miała się stać Ari Jayą i tysiące problemów ale to w niczym nie zmieniało mojego nastawienia. Sama sobie samej, tej z przeszłości, zazdroszczę teraz entuzjazmu, zapału, niezachwianej pewności i siły w pokonywaniu trudności.

Wraz z upływem czasu przechodziłam do etapu drugiego – zaczęłam mówić po indonezyjsku, wiedziałam już, co się gdzie załatwia, jak rozmawiać z ludźmi, co wcześniej było czarną magia. I zaczęła się jakby gra z tym światem, zabawa. Jak wymigać się od dania łapówki, o którą ktoś się wprost naprasza ale żeby równocześnie nie narobić sobie kłopotów. Albo – już na Bali – zatrzymuje mnie policjant, ja jadę na skuterze. Oczywiście przede mną na jednym skuterze może jechać choćby pięcioosobowa rodzina, wszyscy bez kasków, ale policjant celuje we mnie. Ja nie popełniłam błędu ale nie mam też prawa jazdy ani miejscowego ani międzynarodowego a polskich nie akceptują. To wychodzi na jaw i jest punktem zaczepienia dla policjanta, oczywiście zachwyconego sytuacją. A ja nie mam tego prawa jazdy bo mi się nie chciało nigdy zrobić. A nie chciało mi się zrobić bo wiem, że wcale nie muszę go mieć. Kwestią do obgadania jest tylko wysokość kwoty. Dla mnie zabawa – czy już od początku zażąda równowartości 5 dolarów, a tyle chcę mu dać, czy wyjdzie od 10 i wtedy muszę się przekomarzać. Ale często na wesoło, chyba że policjant jest wyjątkowo niesympatyczny. Ale zwykle nie. W czasie mojego okresu bezprowojazdowego, który trwał ze 2 lata wydałam na to około 20 dolarów (4 razy) czyli mniej niż opłata za prawo jazdy. Bo w końcu wybrałam się do Denpasar, do urzędu policji i prawo jazdy wyrobiłam , dwa, na motor i na samochód; wyrobiłam czyli za nie zapłaciłam, nie mieli innych wymogów. Ponad 2 razy więcej niż wydałam na łapówki. Ale takie działanie zbiegło się zapewne też z początkiem trzeciego okresu.

Czyli okresu, że mieszka się już jak u siebie i woli się mieć raczej święty spokój niż ciągła niepewność i szarpaczkę. Lepiej już mieć to prawo jazdy także w razie jakiegoś wypadku. Ten etap oznacza też, że mnóstwo rzeczy, które wcześniej traktowałam jak miłą dla oka egzotykę, teraz zaczynają denerwować bo by się chciało, żeby było „normalnie” czyli tak jak np. w Polsce, np. żeby śmieci były wyrzucane w odpowiednie miejsce (bo wydaje mi się, że pewne rzeczy mogłyby być ogólnoludzkie, niezależne od kultury, np. właśnie życie w czystym otoczeniu a nie w syfie albo mieszkanie w porządnie zbudowanym domu a nie byle jak). Oraz zaczyna się krytyka i narzekanie ale nie na zasadzie szoku kulturowego a właśnie na zasadzie bycia u siebie. Czasem może przechodzi to w przesadę jak np. w sytuacji, gdy słyszę od znajomych, że był wypadek na skuterach. Pytam – biali czy miejscowi? i w zależności od odpowiedzi inne neurony w mózgu mi się uaktywniają – te odpowiedzialne za współczucie albo te odpowiedzialne za złośliwą satysfakcję. Niech mają za swoje za jazdę bez poszanowania żadnych praw logiki, rozsądku i wszystkiego innego, za narażanie także mojego życia w każdej sekundzie, kiedy jestem na drodze. Nie ma się nad takimi automatycznymi reakcjami kontroli. Wiem też, że nie jestem w nich odosobniona. Moja koleżanka po paru latach mieszkania w Labuan Bajo, w hotelu położonym trochę powyżej ulicy głównej, twierdziła wręcz, że zdarzający się od czasu do czasu odgłos zderzenia dwóch motorów (a wtedy w Labuan Bajo na pewno nie byli to „bule” - biali) to jak najpiękniejsza muzyka dla jej uszu.

W trzecim etapie jestem w tej chwili. Wiem lepiej niż w Polsce, w jakim sklepie dostanę rzecz, której potrzebuję, wiem, jak rozmawiać z ludźmi itp. Ale mnóstwo rzeczy mnie denerwuje lub wręcz wścieka tak jak być może by mnie inne rzeczy wściekały w Polsce, gdybym tam mieszkała na stałe.