czwartek, 14 lutego 2013

Szarańcza


Informacja, którą ostatnio przeczytałam, o otworzeniu w Warszawie restauracji podającej dania z owadów, zbiegła się z sezonem na szarańczę na Bali. Początkowo nie wiedziałam, co robią ci wszyscy ludzie goniący z długimi bambusami z czymś na końcu - ażurową torebeczką uplecioną z cienkich pędów . Że cos zbierają z drzew było jasne. Ale różne rzeczy mi przychodziły do głowy.
Parę dni minęło zanim w końcu wczoraj podeszłam i zapytałam. Zbierają z drzew szarańcze. Ogromne. Potem będą je smażyć. Los szarańczy nie jest do pozazdroszczenia. Na moich oczach chłopak złamał jej, z chrobotem, tylne odnóża i wrzucił do małej plastikowej butelki po wodzie mineralnej. Tam już była ich cała masa, te na dole już chyba nie dychały. Może i są pożywne ale szkoda tak je męczyć. 




sobota, 9 lutego 2013

Magia 3


Po powrocie z wakacji w Polsce czekają na mnie najróżniejsze wieści. Także z łodzi. M.in. dowiaduję się, że jeden z załogi na Ari Jayi był lwem. Tj. pewnie ciągle jest ale już u nas nie pracuje, nie tylko z powodu bycia lwem ale był to jeden z czynników, które złożyły się na zwolnienie.
Podobno lwem się stał, kiedy chciał się tego nauczyć, u jakiegoś starego czarownika na Sumbawie. Chciał wtedy, natomiast teraz chciałby się tego lwa z siebie pozbyć ale czarownik niestety już zmarł i ma kłopot. Bo teraz nie panuje nad tym i w nieprzewidzianych momentach, choć najczęściej kiedy jest zirytowany, wysuwają mu się pazury a przez skórę przebija sierść. Opowiadał mi o tym naoczny świadek, przysięgając, że to prawda. W takiej sytuacji musi ktoś, najlepiej znający się na magii, interweniować.

Załoga postanowiła pomóc Samowi. Kiedy Ari Jaya była w doku przy plaży na Pulau Bajo, notabene wyspie bardzo zaduchowionej, Sam miał w nocy zanurkować głęboko do dna, chwycić ustami jakiś kamyk i wynurzać się. Chodziło o to, że w nocy dno morza należy do innego świata. Chcący pozbyć się ze swojego ciała jakiejś magii chwyta z dna coś, co do tamtego świata należy i wynurza się. Przy powierzchni siłą woli pozbywa się szatana ze swojego wnętrza i ten spada razem z kamieniem na dno morza. Ale się nie udało, chłopak nie dał rady i zamiast pozbyć się lwa tylko go w sobie uaktywnił. Inni czekali już w speedboacie (tak nazywamy nasze łódki pomocnicze). A lew wynurzając się był już tak wściekły, że pazurami podrapał burty łódki. Reszta uciekła.

Przy okazji dowiedziałam się też o innych historiach zamieniania ludzi w zwierzęta. Np. mój załogant sprzed lat, Terimo, stał się małpą na 2 tygodnie. Nie wiadomo dlaczego.

Oraz znana sprawa bo to już magia ogólnoindonezyjska – Babi Ngepet. Człowiek zamienia się w świnię (babi to po indonezyjsku świnia). Jak w przypadku tuyula robi to w celu zdobycia bogactwa. Najpierw musi tę umiejętność posiąść u jakiegoś guru. Potem wraca do siebie i jest w stanie zamienić się w świnię aby niezauważenie krążyć po mieście czy po wsi i kraść pieniądze. Jakimś tajemniczym sposobem przyciąga je do siebie. Inne elementy tej magii to np.  żona wtajemniczona w sprawę, która, gdy jej mąż jako świnia kradnie pieniądze, czuwa w domu przy zapalonej świeczce. Jeśli mąż ma kłopoty płomień zaczyna migotać, chwiać się. Żona musi szybko zdmuchnąć świeczkę. Wtedy mąż na powrót staje się człowiekiem i nie niepokojony wraca do domu. A także musi być ofiara – nie ma czarnej magii bez konsekwencji. Umiera ktoś z najbliższej rodziny.

Takimi oto rzeczami Indonezyjczycy, przynajmniej na Flores, wyjaśniają sobie czyjeś bogactwo i sukces. Czyli tak jak często w Polsce – złodziejstwem, tutaj są to jednak chyba bardziej wyszukane historie.

A ja jestem w sytuacji, kiedy osoba, która uważam za racjonalną i inteligentną, opowiada mi to na poważnie i uważa za rzecz normalną i powszechnie znaną. Kiedy szukam potwierdzenia u innych ci to robią – potwierdzają albo czasami nie za bardzo chcą o tym rozmawiać bo się trochę boją.  Z drugiej strony wielu wierzy na poważnie w zmartwychwstanie albo opętanie i egzorcyzmy a ja mam ich wśród znajomych i także uważam za normalnych ludzi. A podobno na pograniczu z Ukrainą grasuje człowiek zamieniony w wilka, jemu też wyrosły pazury i sierść. Znam historię także z pierwszej ręki, od bardzo poważnego człowieka…
Może nie ma co zbytnio wnikać…

piątek, 1 lutego 2013

Pasja


„Ważnym wskaźnikiem tego, że realizujemy prawdziwą pasję, są pojawiające się od czasu do czasu chwile szczęścia, czyli poczucie – często nie do końca jasne – dotykania ważnego, wręcz podstawowego wymiaru życia.” Zdanie to („Zwierciadło”, wywiad Wojciechem Eichelbergerem) bardzo mnie pocieszyło, mimo, że nie lubię aż tak podniosłych stwierdzeń. Pocieszyło mnie bowiem mówi się czasem tak: „jeśli „będziesz zarabiał na swojej pasji, już nigdy nie będziesz pracował”. Ale przecież zawsze pojawia się rutyna i stres i mogą one przyćmić radość z realizowania tej pasji.
Ale to właśnie zdanie podniosło mnie na duchu. Natychmiast przypomniałam sobie szereg sytuacji, które chyba rekompensują kłopoty z załogą, z zaopatrzeniem i nachodzące czasem zniechęcenie.

Na przykład: płynęliśmy łodzią Ikan Terbang z Labuan Bajo na południowe Sulawesi, po Morzu Flores. Powinniśmy żeglować ale wiatru nie było więc płynęliśmy na silniku. Zapadła noc. Rankiem mieliśmy nadzieję ujrzeć pierwsze wyspy na naszej trasie. To „zatrzymanie czasu” przyszło w chwili, kiedy siedziałam na dziobie z moim ówczesnym wspólnikiem Jeromem. Nadpłynęły delfiny i towarzyszyły nam przez kilka minut. Ale w ciemności nie było ich widać tylko każdy ciągnął za sobą smugę fosforyzującego planktonu, tak jak kometa „ciągnie” swój ogon. Była długa, zachowywała kształt ruchów zwierząt. Niech to będzie kicz – lekki szum silnika, dziobu łodzi uderzającego w fale, śmigających delfinów.
I inne z delfinami - już na Komodo. W odpowiednich warunkach godzinowych i prądowych przypływają na Castle Rock. Nie jest łatwo je zobaczyć ale jeśli nadpływają to nie ma wątpliwości. Całe chmary ryb uciekają w panice. Delfiny żerują… I kiedy tak je raz oglądałam, sprawną i śmigłą rodzinę, już zachwycona, one w pewnym momencie zastygły w bezruchu patrząc na mnie. Przez parę sekund, popatrzyły uważnie a potem chyba zlekceważyły. I już nie zważały na mnie, trochę jeszcze pobyły pod wodą a potem śmignęły w górę. To była właśnie taka chwila.
I jeszcze manty – te znowu majestatyczne, nie wiem jaką siłę muszą mieć w swoich skrzydłach, że nie tylko przeciwstawiają się ogromnemu prądowi ale prą naprzód. Nie chcę im przeszkadzać, tkwię gdzieś z boku ale czasem to one decydują się podpłynąć do mnie albo wręcz przepłynąć tuż nade mną, tak, że mogłabym je dotknąć. Ale wtedy staram się nawet nie wypuścić powietrza przez automat. Jeśli ustawiają się z boku i blisko to łypią na mnie okiem, jak to sobie naiwnie tłumaczę - z błyskiem porozumienia.

I jeszcze parę innych sytuacji. To są chyba te chwile szczęścia, poza czasem, kiedy nie tyle zapominam o kłopotach ile w ogóle nic poza „tu i teraz” nie istnieje, choćby przez moment. (choć nie cierpię tego nadużywanego w poradnikach i wywiadach zwrotu, tego „tu i teraz”, zazwyczaj przez różne celebrytki mówiące jak zmieniło się ich życie po jakiejś traumie i co teraz potrafią naprawdę doceniać).

sobota, 5 stycznia 2013

Podciepka


Tak kiedyś napisałam, w moim pierwszym wpisie:
„Gdy buduje się łódź, powołuje się do życia osobę, w momencie połączenia dwóch długich kawałków drewna tworzących stępkę. Kiedy łódź jest już ukończona w stępce robi się pępek. Nie buduje się zatem tylko łodzi ale i człowieka. Kobietę, która żyje na łodzi i się nią opiekuje. Od jej samopoczucia zależy powodzenie łodzi. Od jej charakteru zależy, czy łódź będzie się podobała.”
A takie słowa znajdują się w baśni Zofii Kossak „Kłopoty Kacperka góreckiego skrzata”:
„…Otóż w owej właśnie chwili, ze zgodnego wysiłku cieśli, z ochoczej pracy murarzy, z błogosławieństwa strząśniętego wraz z wodą święconą, z dobrych myśli pana Hieronima i jego żony Barbary – narodził się ten skrzatek mały i jako dusza wzniesionego domu pozostać w nim miał aż do końca. Miał w nim mieszkać i stróżować, póki by się fundamenta w proch nie rozsypały, a dom nie zmienił w gruzy chwastem porosłe.”
Górki Wielkie na Śląsku Cieszyńskim są niedaleko mojego polskiego domu. Od niedawna jest tam muzeum.
Inny świat, inny kontynent a taka sama koncepcja. Wcześniej w tekście Zofia Kossak nazywa tego skrzata podciepkiem. Miło mi będzie od teraz myśleć o naszych duchach/skrzatach opiekuńczych na łodziach jako o podciepkach (rodzaju żeńskiego jako że w takiej formie one występują na łodziach). 

sobota, 15 grudnia 2012

Rózne z Labuan Bajo


Zalogi na lodziach sie kloca. Jeden chce pobic drugiego. Chodzi o glupoty, na odleglosc, z Bali, trudno sytuacje zrozumiec. Sa jak dzieci. Jesli jestesmy blisko to konflikty sa latwe do zazegnania. Ale rece opadaja, gdy jestesmy akurat dalego i trafia sie sytuacja jak ostatnio:
Nazajutrz jest safari, trwaja intensywne, mam nadzieje, przygotowania na przyjecie klientow. I nagle telefon od kucharza, z informacja, ze mechanik zszedl z lodzi, wzial swoje rzeczy jakby rezygnowal z pracy. Mechanik, czyli Mena, jest kluczowa obok kapitana postacia bo bez jego licencji mechanika teoretycznie nie wyplyniemy. Teoretycznie bo nie z takimi problemami mozna sobie poradzic. Ale lepiej, zeby nie wystepowaly. Po latach takich sytuacji mam na nie coraz mniejsza tolerancje choc jestem juz przyzwyczajona.
Pare kolejnych telefonow i przyczyna niespodziewaneego zejscia z pokladu jest znana, zlozona przez mnie z mozaiki chaotycznych wyjasnien i wzajemnych oskarzen -  Mena zakupil solar, czyli rope, na safari. Kupil na stacji benzynowej. Moze sie to wydawac zwykla czynnoscia ale nie wszedzie w Indonezji, a juz na pewno nie w Labuan Bajo. Poniewaz ropa (benzyna tez) jest subsydiowana i panstwo traci na jej sprzedazy krocie, w Labuan Bajo niedobory sa zwykla rzecza. Co jakis czas sa podejmowane proby podwyzszenia ceny ale zazwyczaj sa nieudane wobec silnych protestow i demonstracji. Za mojej bytnosci w Indonezji cena wzrosla tylko raz, z 2100 Rp na 4500 Rp za litr. Kazda inna taka proba jest torpedowana i choc placimy za rope i benzyne niewiele, czesto jest to okupione duzymi nerwami – zdobedziemy czy nie, ile, jak dlugo przed safari, jakim kosztem…
I jest to pole do popisu dla wszelkiej masci kombinatorow, ktorzy skupuja solar a potem odsprzedaja za np. 8000 Rp. za litr.
Policja, ktora sama gorliwie uczestniczy w procederze, rownie gorliwie sciga swoich konkurentow w czarnym biznesie oraz, przy okazji, zwyklych konsumentow czyli nas. Tj. chcialaby scigac ale jest to raczej zabawa w kotka i myszke. Przylapie, nie przylapie, co zrobi, jak sie zachowac (oczywiste zachowanie to jest to pozadane przez policje, czyli pare groszy w lape ale zabawa jest tez unikanie tego rozwiazania). W kazdym razie na pewno kazdy w obliczu potencjalnych klopotow albo przynajmniej straty czasu szybko zaplaci cokolwiek.
I tak Mena lawirujac, zeby go pilicja nie zlapala przybyl na nadbrzeze z duza iloscia kanistrow i nie zostal odebrany na czas. Policja podobno weszyla wokol i on twierdzi, ze sie bal. Nie mial telefonu bo mu ostatnio “jatu ke laut”, czyli “spadl do morza". Kazdemu z zalogi regularnie sie zdarza “jatu ke laut” co znacznie mi utrudnia zycie. (Innym typowym zagraniem z komorka jest sytuacja, gdy ktos z zalogi plynie z lodzi na lad, czasem na dluzej a nie bierze ze soba komorki, ja dzwonie w waznej sprawie a sygnal odzywa sie na rufie i juz nic sie nie da zrobic chocby sie palilo). Wracajac do Meny – on twierdzi, ze widzial innych z zalogi chodzacych po pokladzie, kiedy ich wolal na cale gardlo i machal rekami. Ci z pokladu twierdza, ze pracowali ostro w maszynowni i przez to nic nie slyszeli. Jak zwykle – nie do sprawdzenia.  A rezultat jest taki, Mena sie obrazil i nie ma mechanika na safari, nie mozna sie do niego dodzwonic, nie ma go tez w domu przybranych rodzicow. Po paru godzinach telefonow sytuacja jest opanowana, jak zwykle, Mena wraca, tylko troche niepotrzebnych nerwow.