niedziela, 8 listopada 2015

Indonezja

Jeszcze w marcu, przed Hari Nyepi, czyli dniem ciszy, na Facebooku, w grupie Bali Expat,  pojawiło się zdjęcie dzieci w tradycyjnych strojach i komentarz jakiegoś Włocha, w którym autor zachwycał się tym, że Bali jeszcze nie zaprzepaściło swoich tradycji i jakie to jest wspaniałe (bo my w Europie jesteśmy już straceni i zapewne dlatego on jest tutaj a tradycja to zawsze coś tylko pozytywnego, oczywiście). Abstrahując od faktu, że i ja lubię Hari Nyepi bo przydaje mi się dzień, w którym nigdzie nie muszę (bo nie mogę) pędzić, uważam, że takie proste myślenie jest oznaką naiwności. Przez tradycję rozumie on zapewne także wielką duchowość przypisywaną tutejszym ludziom, to czego brakuje ludziom Zachodu i czego tu szukają. A wg mnie dokładnie tyle tu duchowości ile można wywnioskować z obrzędów np. katolickich albo przypisać uczestnikom Bali Spirit Festiwal, gdzie o duchowości świadczą zapewne dready, powłóczyste szaty czy bransoletki oraz rozbuchane dyskusje o duchowości. Nie wykluczam oczywiście, że uduchowione osobniki się w tych grupach zdarzają, tak jak wszędzie. Ale czemu wnioskować o tym z zewnętrznych przejawów?

Bo ja o uduchowieniu Indonezyjczyków wnioskowałabym raczej z codziennych zdarzeń, kiedy nic nie jest na pokaz. Piękne są obrzędy, ofiary, procesje ale nie działa to na mnie, kiedy mam w oczach sytuację sprzed paru dni – spotykam psa, zabiedzonego, bez sierści, w ranach, ropniach, kości prawie na zewnątrz, całego w strachu, zapewne bitego. Robię wywiad, idę do domu psa a tam słyszę – a, tak, sudah busuk, mau buang, już zepsuty, zgniły, wyrzucamy go. Już nie będzie problemem.

Czy myślę o duchowości, kiedy chce rozmienić pieniądze na drobne? – nie ma szans, każdy sklepikarz mówi, że nie ma, wymiguje się, droga przez mękę (notabene szok w Singapurze za mojej pierwszej tam bytności – muszę zadzwonić, nie mam monet, idę rozmienić ale po pobycie w Indonezji z małymi na to nadziejami. A kobieta w kiosku – jasne, a do czego potrzebujesz to ci dam odpowiednie monety). Albo duchowość włączania się do ruchu – Indonezyjczycy wolą ryzykować wypadkiem i śmiercią swojej rodziny niż kogoś wpuścić – trzeba się wpychać i wymuszać a oni do końca będą cię omijać na pełnym gazie, migać światłami, co oznacza - ani mi się waż włączyć do ruchu. Jak zapłaciłem za motor/samochód to droga moja, nie po to płaciłem aby teraz kogoś wpuszczać. Dziki Zachód na Dalekim Wschodzie.

Czy duchowość ma się objawiać w pleceniu plecionek i wpinaniu kwiatków we włosy czy na rzeczywistej życzliwości wobec ludzi i świata i na szacunku do nich? Turystom zdaje się, że tu jest dużo więcej życzliwości niż na Zachodzie. Ale to życzliwość powierzchowna, nicniekosztująca – ciągłe uśmiechanie się czy niezobowiązujące zagadywanie, machanie i Halo Mister. Kto zabrnie trochę dalej w indonezyjską przygodę szybko pozna jej ciemne strony. Ale Indonezyjczykom zostaje udzielony niezrozumiały dla mnie kredyt zaufania – że są lepsi, prostsi, życzliwsi. Czy to dlatego, że kraj biedny (względnie)? Czy że w tropikach? Skąd ta idealizacja?

Indonezja się dorabia , ten kto w ogóle może bo wielu jest biednych, którzy o dorabianiu się nie mogą marzyć. Ale miasta tak. Zewnętrzny status materialny jest bardzo ważny i widać to chociażby w sposobie traktowania w sklepie – podjeżdżając zwykłym skuterem, jaki ma tu każdy, jestem inaczej, gorzej obsługiwana niż gdy jestem samochodem. Kto ma dobry samochód, myty zresztą tak często, aby trwał w permanentnym połysku, czuje, że może więcej. Pamiętam sytuację ze szkoły – podjeżdża Indonezyjka (młoda, żona starego Australijczyka), wielką Toyotą. Parkuje tam, gdzie nie wolno, na podjeździe, gdzie można zatrzymać się tylko na chwilę aby zostawić dziecko. Security nieśmiało mówi, ze tu nie wolno. A ona, mijając go, rzuca mu kluczyki pod nogi i mówi – to mi przestaw jak chcesz, bylebyś nie zniszczył.  Ostentacja na każdym kroku, w tym przypadku zapewne wprost proporcjonalna do biedy z jakiej się wyszło. 

czwartek, 5 listopada 2015

Opowieści Sardina 1

Od 6 do 6.30 wszystkie sampany w Gongger są zarezerwowane dla dzieci ze szkoły. Innych pasażerów nie przewozi się przez rzekę, do Reo. Dzieci tłoczą się na błotnistym brzegu w mundurkach. Przeprawą kieruje Rangki. Wie wszystko na temat rzeki, jej nagłe wzebrania gdy w górach pada deszcz, przypływy od morza, wiry i prądy. On daje znak do przeprawy i on zakazuje kąpieli w rzece, kiedy uzna za stosowne.

Na jeden duży sampan wchodzi około 10, 15 dzieci. Dwie dorosłe osoby, jedna na dziobie, druga na rufie, wiosłują. Idzie szybko, po 15 minutach dzieci mogą ulicami Reo dojść na piechotę do szkoły.
Wracają między 13 a 13.30. Także w tę stronę dorośli w tym czasie nie przepłyną.

Rangki opłacany jest przez państwo. Ma mieć nawet emeryturę. Gdy bupati, wojewoda chciał odwiedzić miasto Pota na wschód od Gongger Rangki kierował także przeprawą jeepa przez rzekę na wioślanych łodziach.

Kiedyś robił to jego starszy brat Sera. Potem pałeczkę przejął Rangki, który też nie jest już najmłodszy.

Dzieci, które spóźniły się na oficjalną przeprawę muszą kombinować. Czasem się rozbieraja i idą przez rzekę z ciuchami w górze, płynąc przez jej środek, gdzie jest najgłębiej. Raz Sardin z kolegami ukradli na chwilę prywatny sampan. Płyną, są już na środku rzeki i nagle sampan hamuje, za chwilę się cofa. Mimo wiosłowania. Ktoś ich obrzuca kamieniami. To właściciel sprytnie podwiązał go od dołu ukryta liną. Dzieci skoczyły do wody, dopłynęły na swój brzeg, tyle że się zamoczyły.  Następnego dnia odcieli linę i przepłyneli rzekę. Sampan zwrócili następnego dnia.

Kiedy na rzece widać włosy, czarne, długie, płynące na powierzchni z prądem  to Lili Mbide. Nie wolno się kąpać, wiadomo. Rangki to ogłasza i jest to jak prawo.

Gongger pełne jest dzieci. One nie zawsze słuchają. Paru chłopaków idzie się kąpać. 10, 12 latki. Mija godzina, biegną do wioski, krzyczą Febi utonął, nie ma Febiego. Wszyscy idą go szukać ale nie widać nic, woda w rzece jest mętna, koloru kawy z mlekiem, to też znak, że Lili Mbide się pojawi. Nadchodzi Rangki. Ma jajko, szepce do niego i wrzuca je do wody. Jajko pokazuje mu, gdzie jest Febi – tylko 1,5 metra od brzegu, w wodzie po pas. Nie żyje ale nie utonał, nie ma w płucach wody.
Co roku Lili Mbide zabiera przynajmniej jedną ofiarę. Czasem nawet trzy.

Rangki umiera w latach 90’. W Gongger wciąż mieszka jego prawie stuletnia żona. Teraz dzieci idą do szkoły przez zbudowany pod koniec lat 90 most. W jego przęsłach są inne dzieci, pochodzące gdzieś z daleka, ukradzione, ich głowy zamurowane w betonie na wysokości wody. Trzy ofiary. Bez nich konstrukcja nie bylaby mocna. A nowy most to ważna sprawa, całkowicie zmienił życie Gongger.


Gongger, Flores
Błotnisty brzeg Gongger

Gongger, Flores
Brzeg Reo

Gongger, Flores
Brzeg Reo od strony Gongger



niedziela, 27 września 2015

Codzienność

Safari na Laluni, zepsuty generator. Jest zapasowy i ten kończy safari, zepsuty do naprawy. Nie takie to proste.

Ale zaczyna się gładko. Niezawodny Chińczyk w swoim sklepiku na Bali, gdzie ma albo może zdobyć wszystko. Nie zdarzyło się, żeby go nie było, nie wyjeżdża na wakacje, jest zawsze na telefon, zawsze na miejscu. Nie muszę płacić od razu, przelewam mu z domu. Dla mnie to wygoda, nie znam się na mechanice, nie wiem czy część, po którą jadę, będzie kosztowała 10 czy 500 dolarów.
Części do wymiany są, jadą na lotnisko, w Labuan Bajo są nazajutrz. Ale niestety nie pasują, lekko inny rozmiar, coś trzeba dostosować. Mechanik z Merombok koło Labuan Bajo, do którego jeździmy takie rzeczy robić w warsztacie, pulang lebaran (czyli na koniec ramadanu pojechał na Jawę w rodzinne strony). Każdy wie, co to oznacza – warsztat zamknięty i nie wiadomo, kiedy właściciel wróci. Czasem nigdy a na pewno nie można powiedzieć, kiedy dokładnie otworzy ponownie.
Odpowiednie maszyny ma warsztat w Rutengu, kolejnym mieście, cztery godziny przez góry. Decyzja – jadą motorem - mechanik z Ari Jayi, który zna Ruteng i młodszy mechanik z Laluni. Wyruszyli i za 4 godziny dzwonią, że mała część, którą wzięli nie wystarczy, trzeba pół generatora żeby zrobić to dobrze. Wysyłamy samochodem przewożącym ludzi. Kapitan Pratiwi nadzoruje wysyłkę. Ja potwierdzam jadąc na motorze.
Przejeżdżam 200 metrów i dzwonię znowu, coś mnie tknęło. Wyjaśniam dokładnie – wsadzając naszą część do przypadkowego pasażerskiego samochodu ma wziąć numer kierowcy i wysłać do naszych ludzi w Rutengu. Kierowcy ma dać ich numer. Krzyżowe zabezpieczenie. Nauczyło mnie doświadczenie. Załoga jest jak najbardziej gotowa wysłać część nie mając danych kierowcy, mówiąc mu, żeby zawiózł do tego a tego warsztatu. Potem się nie znajdą, część wróci do Labuan Bajo i od początku.

Część dojeżdża i zostaje w Rutengu, nie da się zrobić od razu. Załoga wraca. Spokój. Następnego dnia dzwonię do kapitana Laluni zapytać, jak tam wieści z Rutengu? Nie wie nic. Ci co pojechali nie zapytali o numer warsztatu czy komórkę mechanika. Nie ma z nim żadnego kontaktu. A to te nieszczęsne 4 godziny przez góry. A mechanik z Ari Jayi już wypłynął na swoje safari. On jest stamtąd, z gór, ale ci z Laluni pojechawszy tam sami, zagubiliby się jak igła w stogu siana.
Jestem wściekła na siebie, byłam taka dumna, że przewidziałam, że trzeba wziąć numer kierowcy a nie pomyślałam już, że mam dać dokładne wytyczne, że jak zostawiają część w nowym warsztacie (o którym wcześniej tylko słyszeliśmy) to trzeba wziąć numer. W Internecie nie ma nic. Zdobycie numeru zajęło nam 2 dni, pomógł brat gosposi Suri. Plus jeden dzień na organizację transportu.

Część dojeżdża w nocy. Wtedy też na Bali budzi mnie sms – „klu begini krem sy istirahat saja”.  Nie wiem co to krem, jest noc. Rano mnie oświeca – miało być crew, załoga, pisane kru, jak tutaj piszą. A więc: „jeśli załoga tak, to ja sobie odpocznę”. Czyli, jak zwykle, jakaś kłótnia wśród załogi i kapitan chce opuścić pracę na 2 dni przed kolejnym safari. Bo jak się okazało - dzwonił z brzegu po małą łódkę, żeby wrócić z naprawioną częścią, a drugi spał i nie słyszał; więc sobie chwilę poczekał na pomoście. Na szczęście tym razem się udobruchał i nie musiałam w panice szukać nowego kapitana.


środa, 20 maja 2015

Słownik indonezyjski - Bantu

Bantu czyli pomoc, pomagać. Bardzo pozytywne, uniwersalne znaczenie. Ale w Indonezji ma jeszcze swoje odcienie, czasem bardzo ciemne, czasem trochę weselsze.

Bantu może być bowiem propozycją nie do odrzucenia. Wcale nie chcemy, żeby jakiś oficjel nam pomagał ale on celowo doprowadził nas do takiej sytuacji, że pomoc przyjmujemy z ulgą. Bantu jest bowiem zwyczajowym zakończeniem kłopotliwych sytuacji.  Saya bisa bantu (mogę pomóc) padające ze strony oficjalnej jest zawsze w zanadrzu i może prowadzić do polubownego zakończenia problemu pod warunkiem odpowiedniej gotówki w portfelu lub banku adresata propozycji. Bo w Indonezji nikt najchętniej nie robiłby nam problemów, tylko nam pomagał. A że aby pomóc czasem trzeba sztucznie problemy stworzyć , no, może czasem wystarczy nimi tylko postraszyć, to już taki koloryt miejsca. Mi wielokrotnie proponowano pomoc na Flores i wiem, że lepiej trzymać się od takiej pomocy jak najdalej. 

Powyższe sytuacje to jest bantu złowrogie. Ale i ono ma swoje dobre strony. Bo mimo że nikt nie chce być w poważnej sytuacji, kiedy bantu jest potrzebne, świadomość istnienia ostatecznego rozwiązania w jego właśnie postaci jest kojąca. Bo proponujący pomoc są zazwyczaj mistrzami we wcześniejszym tworzeniu atmosfery grozy, niedopowiedzeń, komplikowania sytuacji. Wtedy możliwość zapłaty i zakończenia sprawy jawi się jako najprostszy sposób zostawienia problemu za sobą. Pieniądze to w końcu tylko pieniądze, rzecz nabyta.

A bantu weselsze na przykładzie:
W zeszłym tygodniu jadę samochodem na policję kupić prawo jazdy pozwalające ten samochód prowadzić. Poprzednie zakończyło swój żywot miesiąc temu wraz z roczną datą ważności. Wściekam się myśląc o systemie skonstruowanym tak, żeby wyciągnąć ode mnie jak najwięcej pieniędzy. W tym przypadku - opłatę za możliwość prowadzenia samochodu z komfortem mijania blokad policyjnych na drogach a nie zastanawiania się czy trzeba szykować  50 czy 100 tys. rupii dla policjanta.
Jestem już w ogromnym kompleksie policyjnym w Denpasar. Inaczej niż w zeszłym roku – mrowie ludzi. Kolejki do okienek, wszystkie siedzenia zajęte, ludzie podpierają kolumny. Mykam bokiem do okienka, akurat się zwolniło. Mówię, że chcę przedłużyć prawo jazdy. Kitas jest? – Jest. Stare prawo jazdy? – podaję. Zaświadczenie od lekarza? Jakie zaświadczenie? Że jesteś zdrowa do prowadzenia auta? Rok temu nie trzeba było. A teraz już tak. A gdzie lekarz? A tam, po drugiej stronie ulicy.
Patrzę na tłum i decyzja podjęta – szukam bantu. Nie mam bowiem cierpliwości miejscowych do czekania godzinami, nie mogę też na to sobie pozwolić. Idę na zewnątrz. Patrzę za mundurem, jest paru w zasięgu wzroku. Z jakiegoś powodu mam zakodowane, że wąsaci są bardziej skorumpowani i akurat taki stoi. Chcę zrobić prawo jazdy, bisa bantu? Macha ręką i pokazuje innego. Akurat bez wąsów ale szybko łapie. Idź za mną, dochodzimy do jakiegoś blatu, ya, saya bisa bantu. Ile? 350 tys. Nie chce mi się targować, wizja tłumu u lekarza mnie przeraża.  Ale jak co roku zapominam przynieść ksero swojego kitasa więc wychodzę do usłużnego punktu obok. Kiedy wracam mój człowiek ma już moją kopertę. Miga mi zaświadczenie od lekarza, z pieczątką i podpisem. Wymiana za uzgodnioną sumę, dłoń wędruje do kieszeni. Reszta czyli zdjęcie, odciski palców i odbiór dokumentu już w mojej gestii.
Zerkam na dokumenty – oficjalna cena za prawo jazdy – 120 tys. jak byk, zresztą widać tę cenę także na dużej tablicy przed wejściem do biur (i tak bez szukania bantu musiałabym zapłacić więcej, wiem z praktyki). Część dotycząca testu teoretycznego i egzaminu praktycznego w ogóle nie wypełniona (ale może dlatego, że to było przedłużenie choć i za pierwszym razem było podobnie). Z zaświadczenia lekarskiego dowiaduję się, że ciśnienie mam 120/80 - raczej prawda, puls – 80 (chyba zawyżony), wzrok idealny – ponieważ miałam -1 a się starzeję to być może też prawda. Ogólnie zdrowa do prowadzenia auta.

Aby zerwać z takimi sytuacjami trzeba by chyba tsunami, w którym polegliby wszyscy powyżej 15 roku życia bo każdy jest już przyzwyczajony do tego systemu od wieków. Expaci też są umoczeni.

Ale hipokryzją byłoby też powiedzieć, że nie jest po prostu łatwiej na co dzień. Jest tu niespokojniej, mniej pewnie, nie ma jasnych przepisów. W tym gąszczu zagubienia jest to pewien pewnik – można tak zawsze załatwić swoją sprawę. Kwestią jest oczywiście ile za jaką pomoc. Inflacja też tu działa. 

poniedziałek, 30 marca 2015

Vovo

Jakiś facet, Niemiec, z długimi blond włosami które dodatkowo wyblakły jeszcze od słońca i soli chodzi mi po pokładzie. Rytmicznie okrąża podwyższony pokład z kabinami. Widać, że jest nerwowy, że zaraz wyjdzie z siebie. Oświadcza, że zabrakło nam solaru i musimy wracać do Labuan Bajo, nie starczy go na kolejne 4 dni safari. Ja się dziwię, obliczałam sobie, że nasz silnik jest bardziej wydajny. Po chwili załoga potwierdza – paliwa jest dość, ja oddycham z ulga. Dalej chodzi. Niedługo potem stwierdza, że zna doskonałe miejsce do nurkowania, blisko Labuan Bajo. Znowu się dziwię, przecież właśnie przypłynęliśmy do parku narodowego, tu są najlepsze miejsca. Ale on lepiej zna wszystko tutaj. Zastanawiam się. I ciągle coś nie gra.

Dwa lata później, wieczorem, chowamy się z Jeromem do kabiny kapitana/jadalni. Rytmiczne odbijanie się śrutu od desek i szyb Ari Jayi dogłębnie mnie wkurza ale lepiej nie wychodzić. Dobrze wiemy, kto strzela. Ten sam z mojego pierwszego safari. Jerome zapowiada rozliczenie się z nim za dnia ale wiem, że to deklaracje na użytek chwili, że muszę się ja tym zająć. Ale nie mam czasu. Dwa dni później siedzę po turecku na pokładzie, słyszę świst i śrut wbija mi się w nogę. Niby nic ale jak to, po pierwszym safari, po oblaniu mnie wodą z wysokości swojej burty (ja w maleńkiej łódeczce tuż przy powierzchni morza), chyba już się marka przebrała, tak sobie myślę.

Sytuacja z pierwszego rejsu wyjaśniła się szybko. W momencie, w którym klienci chcieli napić się piwa. Szukam, gdzie ta załoga mogła to wcisnąć. I nie ma. Vovo wypił, tak mówią, dopiero teraz, jakby nie mogli mnie oświecić, co się dzieje w ciągu dnia. Wypił w pierwszy dzień safari cały zapas piwa.

Vovo, Niemiec alkoholik z łodzi Duyung, zakotwiczonej od nas o rzut beretem, a co dopiero o strzał ze śrutówki. Vovo mnie nienawidzi od tego pierwszego safari, jakie zrobiłam na Ari Jayi, jeszcze z R. Zaczęło się bardzo sympatycznie –znaleźliśmy klientów, parę z Anglii w podróży dookoła świata. To miało być nasze pierwsze safari, coś, co choć lekko potwierdzi, że nas zamysł z łodzią ma szanse powodzenia. Za wszelka cenę chcieliśmy je zrobić ale łódź nie była gotowa – miała silnik i utrzymywała się na wodzie ale niewiele ponadto. Klienci wiedzieli, że nie jesteśmy całkiem gotowi ale byli chętni. To, że prześcieradło to był po prostu podwinięty pod materac materiał, prosto ze sklepowej belki, że naczynia, sztućce kupowaliśmy na łapu capu to nic. Nie mieliśmy butli, kompresora.  Ktoś radzi, idźcie do Vovo, stoi na kotwicy w pobliżu. Vovo jest nadspodziewanie chętny. Ale nie da nam kompresora, musi on z nami popłynąć oraz jego indonezyjska żona, Yani. Rozumiem jak najbardziej, też bym nieznajomym do ręki kompresora nie dała. Przy okazji Vovo pokaże nam miejsca nurkowe bo ich nieznajomość też była dla nas jakby problemem. Wszystko układa się doskonale, pierwszego dnia my nurkujemy, Yani haruje przy butlach. A potem historia z piwem. Nie zgadzamy się wrócić do Labuan Bajo i robi się coraz bardziej nerwowo. Sytuację ratują trochę sprzedawcy pamiątek, gdy trzeciego dnia podpływamy blisko wiosko Komodo. Vovo pyta, czy w wiosce jest piwo. Jest, płyną sampanem i po godzinie przywożą zgrzewkę. Vovo zgarnia pierwszą butelkę bezpośrednio z sampana i wypija w oka mgnieniu. A potem resztę zgrzewki. Podobnie jest następnego dnia przy Rinci.

Oczywiście nie zdzierżyłam. Powiedziałam co o tym sądzę. Yani płacze. Vovo jest agresywny. Do tej pory.

Ale jedną pozytywną rzecz o nim powiedzieć mogę. Kiedyś, jeszcze przed wspólną wyprawą, ryczę na rufie Ari Jayi. Silnik ma problemy, załoga się na niczym nie zna, mechanik właśnie spalił pewna rzecz związaną z akumulatorami, mimo że się dzień wcześniej uczył jak ją obsługiwać. Trzeba kupić nową. Przychodzi Vovo i mówi - "nie martw się, ja też wiele łez wylałem nad moją łodzią, to normalne". 

czwartek, 5 marca 2015

Bali

Na pięknej plaży Balangan spaliło się siedem warunków. Doszczętnie, do plażowego piasku, z którego wystaje tylko kilka kikutów pali, które podtrzymywały drewniane konstrukcje. Wielka szkoda, pracujący tam ludzie potracili wszystko, warungi służyły im także za mieszkania z całym dobytkiem, choćby skromnym. Warungi te, tak jak i setki innych miejsc, aż prosiły się o spalenie, drewno, instalacja elektryczna wołająca o pomstę do nieba.

Tu dygresja: znajoma, która prowadzi hotele na Bali, odnawiała jeden z nich. Trzymała w zanadrzu numer do dobrego elektryka poleconego przez murarza. Kiedy nadszedł czas na elektryka dzwoni. Odbiera żona, elektryk nie żyje, co się stało? Poraził go prąd.

Warungi prawdopodobnie, sami ludzie stamtąd tak mówią, spaliły się od zwarcia w jednym z nich. Ale od razu pojawiły się teorie o celowym podpaleniu, o chęci przejęcia jednej z ostatnich plaż z bezpretensjonalna atmosferą, swojskim surferskim stylem życia. Że tak już było kiedyś na innych plażach, że teraz naszą zabudują. A dać tutaj zabudować plażę to coś strasznego, brak gustu, gigantomania i byle jakość są gwarantowane. A dzieje się dużo.

Ta Bali to jeden wielki wykop – to słowa mojego ojca rozglądającego się wokół siebie na wakacjach. Prawda. Wyspa pocięta jest budowami jak sznytami. Zwłaszcza Bukit, południowa część, gdzie nie ma pól ryżowych są za to piękne plaże, m.in. Balangan właśnie. Pod cienką warstwą suchej ziemi biała skała, która trzeba rozbić. Jeżdżąc po okolicy słyszy się zewsząd tutututu, maszyny rozbijające twardy biały kamień aby potem kopać fundamenty. Widok z samolotu: wszystko poryte, białe dziury w ziemi. Wszędzie kopcąc przeciskają się ciężarówki z piaskiem. Kolejne przewożą białe kamienie z wykopów na inne miejsca. Przy większych budowlach dźwigi. Klify zabudowywane, jak leci, bez planu. Wzgórza zniwelowane.

Wielkość niektórych budów poraża. Hotele na setki pokoi. Kompleksy willi, osiedla domków, kto będzie w tym wszystkim przebywał czy mieszkał? Ale też ogromna ilość inwestycji rozpoczęta na wieczne niedokończenie.


Czy Bali obudzi się z ręką w nocniku?

środa, 4 lutego 2015

Migawki z budowy łodzi


Gardena jest 5 minut spacerem od miejsca, gdzie stoi w doku Ari Jaya, spędzamy tam dnie a ja chodzę i w nocy bo mam napady strachu, że drewno jest rozkradane, że łódź się przechyla i spada na burtę. Idę czasem dwa razy w nocy. Pustą ulicą nic nie jeździ ale od hotelu aż do doku towarzyszy mi stukot, powtarzający się z dużą regularnością. Raczej silny trzask co parę chwil, rozchodzący się w każdą stronę. Dochodzi zawsze od grupki facetów siedzących przy głównej drodze i nie śpiących chyba przez całą noc. Nie wiem skąd się bierze ale też nigdy nie uczyniłam nic, żeby rozwiązać zagadkę. Ten stuk na pustej ulicy w moich marszach do Ari Jayi stał się dla mnie  nieodłączna częścią nocnych spacerów. Dopiero ostatnio – olśnienie (tj. po wyjaśnieniach osoby znającej się na rzeczy)– nocne posiedzenia to była gra w domino, to kostki domina wydawały głośny trzask gdy były z impetem przyklepywane dłonią na stole.

Też już później dowiedziałam się, że Indonezyjczycy to królowie, ofiary, maniacy hazardu. A zwłaszcza ludzie z Flores. W dużej i małej skali, zakładają się ciągle, tracą pieniądze, grają znowu.

Teraz, na łodziach, na szczęście grają o co innego. Wchodzę co kabiny kapitana, grają w czwórkę – patrzę,  coś dziwnego, kolorowe uszy. Każdy ma na jednym albo na obydwu uszach przypięte żabki do prania. Wybrane te, które najmocniej trzymają. Kto przegra przypina kolejną.




Ari Jaya się buduje. Ja się uczę języka, najlepszą możliwą metodą, na żywca, wskazując na przedmioty i pytając jak się nazywają. Mam już za sobą rozmowę telefoniczną z Surabayą, pierwsze wykłócanie się przez telefon, jakiego musiałam dokonać. Silnik miał być wysłany już dawno temu ale wysłany nie został. Jesteśmy w tej kwestii ogólnie nerwowi bo już usłyszeliśmy historię o tym, że pewna łódź, wioząca silnik dla innej budującej się łodzi, zatonęła sobie gdzieś między Surabayą a Labuan Bajo. Silnik jest już zapłacony i jego strata w naszej sytuacji oznaczałaby konieczność szybkiego zakończenia naszego biznesu.  A o ubezpieczeniach zapomnij.

(Stary silnik, 3 cylindrowy Yanmar został już wyciągnięty. Zostaliśmy poinformowani, że nadaje się tylko na kotwicę dla jakiegoś sampana. Daliśmy go za darmo, jeszcze zapłaciliśmy za wyciągnięcie. A jednak nie – silnik pływa do tej pory, został gdzieś przepatrzony i naprawiony).

Utknęłam na kranie. Musimy zamontować krany w zbiornikach na paliwo, które niedługo będą gotowe i trzeba dopracować jakieś szczegóły. Nie umiem wytłumaczyć, o co mi chodzi. Nie wiem, jak wytłumaczyć, że chodzi o kran. Nie zadziałały ruchy naśladujące zakręcanie. Muszę iść do Gardeny, wziąć kartkę. Wracam na łódź i rysuję bardzo ładny mały kranik. Pokazuję i:
„a, kran”.

Sprawa rozwiązana. Dobre są wspólne zapożyczenia z innych języków.


Ari Jaya tak naprawdę nie nazywa się jeszcze Ari Jaya tylko Wahid Jaya. Pod tą nazwą pływała z kalmarami na Bali i dalej, do Surabayi. Wahid to syn byłego właściciela, Haji Ganiego. Jaya natomiast to słówko przynoszące powodzenie, gwarantujące sukces. Po kupnie łodzi nie chcieliśmy trzymać Wahida. Całkowita zmiana nazwy nie była natomiast podobno wskazana (dla jej dalszego  powodzenia). Chciałam zatrzymać samą Jayę. Ale już taka łódź istniała, pływa do teraz. Trzeba było więc wymyśleć cos do Jayi. Na pomysł wpadł Josh, mały przewodnik przesiadujący godzinami przed swoim „biurem”, naprzeciwko Gardeny.

- A czemu nie Ari? A jak Aleksandra, ri jak Riccardo, Ari Jaya.

I tak zostało do teraz, mimo że R. już dawno nie ma w Labuan Bajo.


 Haji Gani po sprzedaży Wahid Jayi jeszcze robił interesy, zbudował drugi, większy dom. Kupowaliśmy u niego lód przed safari, co było biznesem żony. Potem ktoś go oszukał i zbankrutował. Spotkałam go na TPI (miejsce sprzedaży ryb i zanieczyszczania odpadkami morza) przypadkiem, po latach, nie poznałam go. Zagadał do mnie, w ręce trzymał miotłę i  zamiatał plac
-Aleksandra, pamiętasz mnie jeszcze?
I się uśmiecha, jakby zamiatanie tego placu to było coś, co od zawsze robił. 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tradycja

Na różne rzeczy można narzekać, różne krytykować ale jeśli wejdzie się na obszar czegoś, co można nazwać tradycją, nagle okazuje się, że tu właśnie nie można. Tak przydarzyło się mi, kiedy ośmieliłam się skrytykować rytualne rzezie, kiedyś w Tana Toraja na Sulawesi a ostatnio na Flores. Straszne słowo na T staje się usprawiedliwieniem nawet najgorszych zdarzeń.

Komentarze typu: tradycja jest święta, z tradycja się nie dyskutuje itp. wywołują mój śmiech jeśli nie grozę. Jak czemuś tak abstrakcyjnemu można dać taką władzę nad życiem ludzi, nad naturą. Nadrzędną i bezwzględną wartość?

Komentarze takie padają od tych, którzy maja pełną możliwość korzystania ze swojej wolności, nikt ich nie ukarze, nie ukamienuje, nie zmusi do małżeństwa, nie okaleczy w imię tradycji. Czemu chcą się ograniczać czymś tak szeroko pojętym, nieokreślonym.

Nie znajduję ani jednego przykładu tradycji (i nie trzeba szukać wśród tych drastycznych), gdzie ona sama w sobie byłaby czymś obiektywnie pozytywnym. Nawet tak szanowane i powszechne obchodzenie tradycji świąt, którychkolwiek, może być przecież utrapieniem dla kogoś. Jaką wartość ma dla kogoś robienie Wigilii jeśli robi to od dziesiątek lat i ma dość a na dodatek robi to dla nielubianej rodziny? Przecież tak się zdarza. Ile osób odważy się złamać tradycję i wyjechać np. do ciepłych krajów? Na szczęście coraz więcej. Ale ile nawet nie odważy się dać sobie takiego wyboru. W imię czego, tradycji, nacisków rodziny na jej przestrzeganie. Bez sensu. Jaka wartość ma tradycja, w której ktoś się niedobrze czuje. Która może zniewalać tak, że ktoś nawet nie wie, że może się źle czuć z jej powodu.

Albo inny bliski mi przykład, Flores: aby się ożenić narzeczony powinien zapłacić rodzicom narzeczonej belis, w pieniądzach lub naturze. Przez lata belis bardzo wzrósł i wielu osób nie stać na jego zapłatę. Młodzi chcą być ze sobą i są, mają dzieci. I bardzo dobrze. Ale Indonezja to państwo, które w prawie sprzyja tradycji i dziecko poza małżeństwem nie dostanie aktu urodzenia, bez tego aktu nie może pójść do szkoły, nie istnieje. W Indonezji wszystko można załatwić ale to oczywiście kosztuje. Korzysta też kościół, który co jakiś czas masowo udziela ślubów parom . Mówił mi o takich hurtowych ślubach Pater Stanis, z dumą. A ja właśnie się dowiaduję, że taki spóźniony ślub jest dla pary bardzo drogi, dużo bardziej niż normalny, który zostaje zawarty wg adatu czyli tradycji czyli m.in. po opłaceniu belisu. Na Flores kościół nie odbiega chciwością od polskiego.  

Komu taka egzotyczna tradycja służy? Z naszego punktu widzenia nam bo piękne zdjęcia wychodzą, mogą być właśnie z przywiezienia belisa do przyszłych teściów przez narzeczonego. Czemu nie? Można poopowiadać o autentyczności, pradawnych zwyczajach, ponarzekać, że nasze już utracone. Ale czy są one warte więcej niż nasze opowieści z podróży jeśli utrudniają życie stosującym się do ich wymagań?

Podsumowując – uważam, że tylko wtedy taka tradycja (niezwiązana z zabijaniem czy okaleczaniem ludzi czy zwierząt) ma wartość, kiedy stosowane się do niej jest niezależnym, wolnym wyborem.

A tradycyjne rzezie zwierząt – możemy chyba wznieść się ponad tradycję jeśli jest ona tak okrutna. W końcu przez ostatnie 100 lat zrobiliśmy wielki krok jeśli chodzi o stosunek do zwierząt i chyba idzie ku lepszemu mimo wszystkich strasznych zdarzeń, także w Polsce. Czemu więc mamy akceptować krwawe tradycje? Bo są one atrakcją turystyczną do pochwalenia się? Bo prastare? Przecież to względne określenie. Ile lat stosowania może legitymizować zabicie kilkuset bawołów w sadystyczny sposób i pijackie obżarstwo.

Okaleczanie, porwania i zmuszanie do małżeństwa i inne (dziwnym trafem w opresji są tu zazwyczaj kobiety) – chyba nikt zdrowy na umyśle nie będzie bronił takich tradycji. Czyli jak, że tradycja najważniejsza, święta, ponad wszystko i nie można złego słowa powiedzieć?

poniedziałek, 17 listopada 2014

Komodo

Rok temu na wiosnę dzwoni do mnie ibu Maria, mówi, że szuka łodzi dla swoich klientów. Razem z mężem Niemcem mają łódź Felicię. Kiedyś mieli jeszcze Felianę ale ją sprzedali. Kupili je w czasie, kiedy ja budowałam Ari Jayę. Byliśmy jednymi z pierwszych łodzi safari stacjonujących w Labuan Bajo.
Ale teraz szuka dla swoich klientów innej łodzi. To pierwszy raz, kiedy mamy bezpośredni kontakt. Ja się pytam dlaczego szuka, skoro ma swoją i czy jest jakiś kłopot. To pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Felicia w czasie swojej pracy na Komodo miała dużo problemów. A to widziałam, że na holu wracała do Labuan Bajo, a to, kiedy byliśmy w pobliżu, wpadła na rafę, która jest 1,5 metra pod wodą. Stało się to mimo a może właśnie z powodu gpsa na pokładzie, kapitan płynął wg urządzenia, nie patrzył na otoczenie, był prąd i tak Felicja wpadła na to jedno z miejsc nurkowych. I utknęła, inne łodzie musiały ją ściągać. A jeszcze kiedy indziej z pełną prędkością wpadła na inną podwodną skałę, deski w dziobie się rozwarły i do środka zaczęła wpływać woda. Po pobieżnej naprawie w Labuan Bajo Felicia musiała popłynąć do suchego doku na Bali, co wiąże się z wielkimi kosztami.

Pytam się więc Marii, czy jej łódź ma jakiś problem i w panice szuka jakiejś na zastępstwo, co się każdemu z prowadzących ten biznes czasem zdarza. A ona odpowiada histerycznym w brzmieniu tonem:
- wiesz dlaczego, wiesz dlaczego? Powiem ci dlaczego! Bo sprzedałam Felicię.
I chichocze w słuchawkę. Dopiero teraz zamiast histerii w jej tonie wyłapuję czystą ulgę i chyba nawet szczęście. Jest szczęśliwa, że już nie ma na głowie biznesu, przez który nie śpi się po nocach. Ja się pocieszam, że jest dużo ode mnie starsza.

Nasza praca na Komodo to sprzężenie trzech strasznych czynników: praca z miejscową siłą roboczą, praca z turystami oraz ogromna zależność od natury. O miejscowych pracownikach się już rozpisałam, o turystach kiedyś napiszę. A teraz o naturze.

Komodo jest trudnym obszarem. Niby spokojne, otoczone wyspami, czasem sprawia wrażenie jeziora. A pod powierzchnią czai się ogromna siła. Cztery razy na dobę morze rusza,  dwa razy w jedną stronę i dwa razy w przeciwną. Jeśli nie ma przeszkód na powierzchni to siły tej nie widać gołym okiem.  A wystarczy jedna mała skała a wokół niej zaczyna się kipiel.

Prądy zależą od Księżyca, od jego faz. Każdego dnia są opóźnione w stosunku do dnia poprzedniego około 40 minut. My mamy tabele pływów z portu Bima na Sumbawie ale Komodo jest opóźnione do godzin podanych w tych tabelach o około godzinę. Wszystko około bo nie ma żadnej reguły. Każde miejsce reaguje inaczej. W jednym prąd płynie „na odpływ” a parę kroków od niego „na przypływ”. Gdzie podziewa się woda w miejscu zderzenia (bo gdzieś się te przeciwne prądy chyba muszą spotkać)  - nie wiem.

W ciągu doby jest jeden duży przypływ i jeden duży odpływ, po nich są małe przypływ i odpływ, zwane konda. Ale czasem obydwa przypływy i odpływy się wyrównują. Prądy są wtedy zwykle słabsze.
Największa różnica w stanie wody to mniej niż 2 metry. Niby niedużo ale te olbrzymie masy wody są wtłaczane w wąską cieśninę między wyspami Komodo, Padar i Rinca.

Nienawidzę płynąć pod silny prąd. Gdy łódź w taki wpływa silnik zaczyna inaczej pracować, nisko, głucho a ja cała sobą czuję, że wykonuje on olbrzymią pracę. Wyobrażam sobie śrubę, taką właściwie małą, która tam na dole walczy z żywiołem, który mi z pokładu wydaje się nie do pokonania. Prąd to marszczy drobno powierzchnię morza, tworząc małe złośliwe falki, czasem z białymi grzywami, to ją wygładza na lustro. A na powierzchni tego lustra czasem woda bucha, to prąd płynie z głębi do góry.

Czasem obraca nami tak, że myślę, że nigdy nie wypłyniemy z jego szponów. Ale nie, powoli się posuwamy. Turyści robią zdjęcia wirów. A mi nasza łódź wydaje się najmniejszą z możliwych łupinką na łasce tego morza.

niedziela, 9 listopada 2014

Labuan Bajo

W czasie przygody z policją przenieśliśmy się do hotelu Gardena. Był to jeden z niewielu hoteli oraz najlepsza restauracja. Bardzo znana z szybkiej obsługi. Czekanie na jedzenie dochodziło do 1,5 godziny a jedną z moich ulubionych rozrywek było obserwowanie powtarzających się sytuacji: przychodzą klienci, zapewne głodni bo zwykle z morza albo z gór. Siadają. Są sympatyczni, czytają Lonely Planet. Po około 15 minutach obracają głowy w kierunku wysokiej lady, która służy za recepcję i za którą siedzi Edel, recepcjonistka i kelnerka w jednym. Edel ma 1,50 i nie widzi z głębin swojego fotela, że ktoś w ogóle jest. Jak w końcu zauważa to wolnym i dostojnym krokiem idzie z karta dań, kładzie ją na stole i odchodzi. Klienci wybierają dania po czym Edel znowu nadchodzi, czasem nawet bez zawołania. Okazuje się, że wybranych dań akurat nie ma więc trochę czasu upływa na informacje, co ostatecznie jest. Edel odchodzi statecznym krokiem do kuchni z zamówieniem. Tam dziewczyny trochę czasu tracą na wgapianie się w telewizor. W końcu potrawa nadchodzi. W Gardenie na szczęście jest duża i smaczna.
Gardena to wtedy centrum życia towarzyskiego, nie ma jeszcze żadnej z modnych teraz restauracji. Ma piękny widok na zachód, na wszystkie małe wyspy z Komodo w tle. Najbardziej twarde krzesła w całej Azji chyba. Tu się wszyscy spotykamy.

Co parę tygodni przyjeżdża John, Amerykanin. 20 parę lat. Uczestniczy w jakimś programie, który polega na mieszkaniu w jednej z wiosek Manggarai (zachodnie Flores), wiosce odciętej od świata. Aby się z niej wydostać musi maszerować przez las do rogi Labuan bajo – Ruteng i tam łapać stopa. Program wymagał aby John co noc spał w innym domu. Organizacyjnie nie było z tym problemu, w domach nie było łóżek, John musiał przenieść tylko swój mały plecak. Ale nie znosił tego najlepiej. Mycie było w rzece, jedzenie tylko ryżu i zielonych liści. Wizyta w Labuan Bajo była dla niego świętem, zamawiał duże porcje i gadał.

Z opowieści Johna jedna szczególnie zapadła mi w pamięć – jak ludzie w wiosce umierają. Mieszkańcy wnętrza Flores to rolnicy. Przychodził więc rolnik z pola, siadał na podłodze, pił herbatę i nagle się przewracał na bok. I umierał.

John nie dotrwał do końca programu. Czmychnął na Bali i zaczął nowe życie, całkowicie inne. Życie surfera, podrywacza, imprezowicza czyli typowe dla jego wieku na Bali.

Andre to Francuz, który mieszkał sobie w Labuan Bajo. W Alzacji miał firmę baloniarską (organizował loty balonem), którą sprzedał. W tym czasie w Labuan Bajo realizował ideę fixe. Jeździł po wyspach we wschodniej Nusa Tenggara (czyli Flores, Sumbie, Timorze i wielu pomniejszych), robił mieszkańcom zdjęcia. Potem wywoływał je na Bali a następnie ruszał swoimi śladami, odnajdywał swoich modeli i wręczał im zdjęcia. Był gejem i zaczynał właśnie nowy związek z kucharzem Konim, z którym potem wyjechał na Sumbę. Wiem, że mieszka tam do teraz i buduje studnie oraz instaluje panele słoneczne. Jest dość znany i czasem jego twarz pojawia się w lokalnych gazetach.

Z Andre zawsze wyśmiewał się Moris (a w zasadzie Maurice), stary Francuz, który w Indonezji siedział najdłużej z nas, zbudował łódź (jak się to naprawdę odbyło, dowiedziałam się potem, kiedy los mnie z nim zbliżył). Mr. Moris naśmiewa się z gejostwa Andre ale nie tylko. W odpowiedzi na plany Andre pomocy mieszkańcom wysp, jak z rękawa sypie opowieściami o podobnych akcjach, doszczętnie zmarnowanych przez miejscowych, których pomoc miała dotyczyć lub przez korupcję: a to o statku-szpitalu mającym pływać i leczyć od wyspy do wyspy a w którym urządzono sypialnie dla rodziny w którymś z portów. A to o elektryfikacji jakiegoś obszaru, na którym po wyjeździe ludzi od programu kabli używano jako powrozów do bydła. A to o fiasku programu nauczania wytwarzania mleka. Jak zaczął to nie kończył. O Indonezyjczykach miał jak najgorsze zdanie, zwłaszcza o leniwych i plujących Depie i Karnie, jego załodze. Zresztą i o turystach też. Jest złośliwy i nabija się ze zmęczonych podróżnych, którzy spoceni przybywają do Gardeny, pokonawszy wpierw liczne schody od ulicy. Ale siedzi twardo w Gardenie, żeby ich namówić na wycieczki swoją łodzią Ikan Terbang (latająca ryba).

Moris mówi tylko po francusku i po indonezyjsku. Ale jako że duża cześć podróżnych to Francuzi ma szczęście. Siedzi i jak ktoś koło niego przechodzi rzuca:

- Bonjour

Jestem świadkiem jak często mu się udaje:

- O, pan z Francji…

I dalej już się toczy, Moris ma talent do opowieści, ludzie słuchają jak zaczarowani i chętnie dają się namówić na rejs po Komodo. Zapominają o złośliwościach z początku, rzucanych wprawdzie do nas lub w przestrzeń Gardeny ale tak, żeby wyczerpani podróżni z łatwością usłyszeli:

- O, może spragnieni są camembertka? A może spodziewają się dobrego winka
- Nie ma to jak okazja do wypoczynku na wakacjach…

Morisa nie cierpią kelnerki bo zawsze, aby nie płacić, zamawia wodę z kranu, ale z dodatkiem restauracyjnego lodu.

Ale najczęściej powtarzają się historie o victimach. Moris nas nimi zalewa. Victime czyli ofiara. U Morisa ma to tylko jedno znaczenie – bule czyli biały/biała związani z miejscowymi. Strona biała to victime. Victime strony indonezyjskiej, która tylko czyha na białe pieniądze i lepsze życie. I nawet jeśli to nie jest scenariusz pewny w 100% to w większości na pewno, jak mi obserwacja życia pokazała.

Ostatnim stadium victime jest une grosse victime.

Une grosse victime jest oczywiście Andre z powodu swojego związku z Konim. Sam Moris był także victime, kiedy mieszkał w Makasar. I jego syn Jerome także, ten zwłaszcza miał victimowy incydent dużego kalibru. A skończyli w końcu obydwoje jako grosse grosse victimes na Bali. Ale o tym potem.


piątek, 7 listopada 2014

Nachodzenie korupcyjne 4

W końcu zalegalizowaliśmy nasze drewno. Mieliśmy w tym czasie nową znajomą, Amalię z Jakarty, pracującą dla parku narodowego. Amalia była bardzo sympatyczna i pomocna ale trochę szalona. Bardzo lubiła swoją pracę polegającą na nurkowaniu i sprawdzaniu stanu raf koralowych oraz liczebności i zachowania morskiej fauny. Ale bardziej lubiła wracać myślami do życia zostawionego w Jakarcie, pełnego clubbingu, romansów i wielkomiejskiego szyku. W miejsce bardziej od tego dalekie niż Labuan Bajo nie mogła trafić. Spędzała więc całe dnie z komórką w ręce i przy uchu a nocami przez komórkę uczestniczyła w imprezach (wszystko słyszeliśmy bo jej pokój w hotelu Gardena sąsiadował przez dwie bambusowe płachty z naszym a ona rozmawiając z pozostawionymi w Jakarcie przyjaciółmi musiała przekrzykiwać głośna muzykę). Z komórką dokonywała rzeczy niesamowitych, pisała sms do kolegi i w tym samym czasie odbierała telefon, z pytaniem, czemu jeszcze nie wysłała smsa, na którego ten kolega czekał. Prawie zawsze mówiło się do pochylonej nad komórką głowy Amalii a nie naprawdę do niej. Kiedy za parę miesięcy została zwolniona z pracy okazało się, że zostawiła ogromny nieuregulowany rachunek za rozmowy telefoniczne z biura. Twierdziła ponadto, że jest rodziną sułtana z Jogjakarty i kuzynką różnych artystów.

Dla Amalii ważne było pokazanie nam, ze ma wpływowych znajomych także w Labuan Bajo, poznaje nas więc z Mr. Edwardem, szefem departamentu leśnego w Labuan Bajo. Po kurtuazyjnej wizycie w jego domu i poznaniu żony oraz jednej wizycie w biurze dobijamy targu i drewno dostaje odpowiednie dokumenty (chyba odpowiednie bo i tych jeszcze przeczytać nie umiałam, w każdym razie mieliśmy spokój za cenę przyjaźni z niezwykle ciekawskim i namolnym Mr. Edwardem).

Ciekawym wszystkiego:
- a Polandia i Italia są na wyspach położonych jak daleko od siebie? Ile się płynie? (przypomniało mi to plany Joinala, chłopaka z Bangladeszu, który pracował ze mną na Malediwach, mówił, przyjadę do Polski, będę pracował w ogrodzie, palmy ścinał)
- a co się jada, a co rośnie…
- a możemy przyjść w sobotę na łódkę (po czym po przyjściu swoim grubym ciałem wykonywał skoki z dachu łodzi do portowej wody) – to już w czasach podokowych.

Dzięki niemu także nie wpadliśmy w tarapaty większe niż te, w które wpadliśmy. A mogłyby to być tarapaty ekstremalne biorąc pod uwagę żywioł morski i maleńka łódeczkę. Otóż Mr. Edward, w ramach naszego rewanżowania się za legalizację drewna, poprosił, żeby Ari Jaya zawiozła jego rodzinę na jeden dzień na pobliską wyspę z małym resortem i plażą, Serayę. Z Labuan Bajo płynie się tam 45 minut. Droga na wyspę upłynęła bez problemów. Za to powrotna przemieniła się w koszmar – silnik stanął a były fale oraz zapadała noc czyli bardzo niekorzystna kombinacja. Łódź z trudem doczołgała się do portu na maleńkim silniku pomocniczym. Nazajutrz ten główny został sprawdzony. Grom z jasnego nieba! W puszcze olejowej napchany był ambril, straszne słowo, na jego dźwięk jeszcze teraz przechodzą mnie ciarki. Ambril - pasta do czyszczenia metalu, sama z metalowymi opiłkami. Weszły one w różne części silnika, naszego sprowadzanego z Surabayi silnika. Efekt łatwy do wyobrażenia sobie. Co robić? Pierwsze zapytanie o sens naszej pracy, sens Komodo i Labuan Bajo.


Sprawca do dzisiaj pozostaje nieznany, przynajmniej dla mnie. Ja się cieszę, że mieliśmy okazję do krótkiej wycieczki, w czasie której ujawniła się ta straszna rzecz a nie kiedyś, gdzieś, daleko i na większych falach…

środa, 5 listopada 2014

Bena

Flores, magiczna stara wioska Bena, piękna, u stóp wulkanu Inerie. Nic nie zakłóca widoku, żaden dach z blachy falistej, żaden parking.

Mój kontakt dał mi znać – koniec października, będzie wielka upacara adat, poświęcenie nowego domu. Dwa dni, wiele wiosek w odwiedzinach, tańce. Wiedziałam, że na nowy dom trzeba będzie poświęcić bawołu. Bez tego nie można zamieszkać w nowym domu. Myślałam, że jednego.

Pierwszy dzień to tańce. Z pobliskiego Aimere przyjechał ponad tonowy zbiornik sopi, miejscowego silnego bimbru z owoców pewnej palmy oraz niezliczona ilość kanistrów z tym samym trunkiem. W wielkich beczkach spoczywał tuak, sfermentowany sok zbierany wprost z drzewa. Te dwie rzeczy pozwoliły ludziom z wielu okolicznych wiosek przetrwać, tańczyli bowiem w pełnym słońcu już od rana a koniec października jest wyjątkowo gorący. Ciągle wchodziły nowe grupy gotowe do  tańczenia. Nieskończone korowody. Podobno przyjechali ludzie z 33 okolicznych wsi.

Większość ubrana w tradycyjne stroje. Tańczą i tańczą w rytm bębnów. Już od świtu ale o 4 po południu przerwa. Trzeba się posilić. Ale najpierw trzeba ugotować. A zaczynają od podstaw. Kwiczące świnie są doprowadzone do specjalistów od adatu. A adat tu okrutny. Świni trzeba rozłupać czaszkę parangiem, od tyłu. Świnie czują i płaczą, wyrywają się. Po paru chwilach mięso jest już gotowane w wielkich kotłach koło ryżu.

Wieczorem są tańce dreptane wokół ogniska, śpiewy.

Najważniejszy dzień jest nazajutrz. Nie jeden a dziewięć bawołów stoi uwiązanych do bambusowego ołtarza. Wszyscy z wiosek stoją naokoło. Ci co mają dokonać ofiary stoją wyprężeni, z parangami. Zaczyna się jeszcze przed 6 rano.

Pierwszy bawół – próbuje się wyrywać. Płacze, sika. Mają na niego sposoby, ustawiają go tak, żeby niewiele mógł zrobić, z głową uniesioną, gardłem wyeksponowanym. Potem każdego spotka ten sam los. Krew sika daleko, bawół nie może albo nie chce paść, jest ciągnięty przez wieś, krew tryska. Ale żyje jeszcze długo. Gdy już pada do jeszcze żywego przybiega człowiek z długa i grubą bambusową tyką i zbiera do niej krew.

Różnica tkwi w człowieku. Niewprawny musi uderzać parangiem w gardło więcej razy. Ludzi dokoła to cieszy. Skaczą i się śmieją.

Po godzinie dziewięć trupów leży w pyle. Przyciągane są wielkie liście palmowe, nie do przykrycia martwych zwierząt a do odkładania poćwiartowanego mięsa. Idzie to szybko i sprawnie. Mięso trzeba szybko ugotować bo w południe kolej na świnie. A tych przybywa na przyczepach, na sznurkach nieskończona ilość. 

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce
Bawoły do ofiarowania

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce
Wybrani kaci


Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce

Indonezja, Flores, tradycja, tradycyjne wsie, ofiary, ofiarowanie, tradycyjne tańce



wtorek, 12 sierpnia 2014

Nachodzenie korupcyjne 3

Mijają spokojnie kolejne dni. Parę wymiętych kartek z komisariatu leży sobie w Losmen Diaz. Co jakiś czas widzimy którego s chłystków jak się przemykają w pobliżu. Przychodzi też Agustinus zapytać jak tłumaczenie. Skąd ten się znowu wziął w całej sprawie, skąd wie o policji i o kartkach? Przecież tylko załatwił nam kontakt z Haji Raisem, dawno temu.

Niedługo się domyśliłam roli Agustinusa - chłystki na spółkę z wyżej postawionymi sięgnęli po kolejne koło ratunkowe. Pseudo przyjaciela, takiego, który dobrze nam życzy i szczerze doradzi. I ten nam szczerze doradza –
„no zapłaćcie choć trochę, będziecie mieć z głowy, nie chcą dużo”

Jeśli już nas namówi do zapłaty łapówki to coś skapnie i jemu. Taki system. Na pewno się już pogodzili, że ich wydająca się wcześniej niebotyczną dola, którą teoretycznie skłonni bylibyśmy zapłacić, stopniała do mizernej… ale wciąż mają nadzieję na cokolwiek, choćby to był tylko zwrot kosztów, jakie ponieśli.
Ale przepędzam Agustinusa (wszyscy po średnicy tego typu w Indonezji to jak zaraza, najlepiej ich przepędzać już na początku, tylko patrzą jak wyciągnąć choćby parę groszy z każdej strony). Myślę jednak, że dobrze by było zrozumieć co tam na coraz bardziej pomiętych kartkach jest napisane i być może zakończyć sprawę. Idę więc do Padre Stanisa, polskiego misjonarza, który jest już na emeryturze i mieszka w Labuan Bajo. W zasadzie to buduje nowy kościół katolicki w mieście i czasem jest jeszcze aktywny w zawodzie.

Polubiliśmy się podczas naszego pierwszego spotkania więc mam nadzieję, że mi pomoże. Idę i tłumaczę swoja niedolę, pokazuję zapis z komisariatu. Ten czyta i robi się coraz bardziej czerwony na twarzy. Ja zauważam natomiast, że ścieżką zbliża się nasz policjant przesłuchujący, musiał nas śledzić. Nie wiem po co, w każdym razie im bliżej tym bardziej zaczyna się płaszczyć, przed wejściem na werandę ściąga klapki i podchodzi cały w pokłonach, ręce jak do modlitwy i zgięty w pasie do ziemi. Sam w sobie ma szczurzy wygląd i pokurczoną posturę a teraz to wrażenie się wzmaga. Pater Stanis się podnosi a jest wielki, przy szczurku wygląda jak inny gatunek człowieka. Albo naprawdę wściekły albo dobry aktor,  zamachuje się na szczurka, tamten się kuli. Ręka się zatrzymuje tuż przed jego gębą i Pater Stanis zaczyna grzmieć. Nie rozumiem jeszcze co ale jest groźnie. Szczurek się wycofuje, zbiera swoje klapki i znika.

Potem słyszę tłumaczenie:
- wiesz, co tam było napisane?
- no nie
- pytanie: „wiesz, dlaczego tu jesteś?”, odpowiedź: „tak, bo nielegalnie kupiłam drewno”. Ale hołota 

Na tym sprawa w zasadzie się kończy. Jesteśmy obserwowani z oddali i raczej niegroźnie. Ale martwię się, że sytuacja może się powtórzyć. Akcje chłystków nie są chyba skoordynowane i może jakaś inna grupa będzie potrzebować pieniędzy a jest ramadan, na jego koniec trzeba się wykosztować na prezenty.  Taka grupa może podjąć nowe działania na własna rękę, licząc na szczęście. Tak to chyba działa, jak się uda to dobrze, na tej samej zasadzie co na targu podają najpierw cenę wielokrotnie przewyższającą tę, którą są w stanie zaakceptować. Jak się trafi jeleń to będą na plusie.

W zawodach typu policjant czy wojskowy dochodzi jeszcze inny czynnik. Taka praca jest tu bardzo pożądana. Jest prawie że nie do stracenia oraz dostaje się emeryturę, czyli jest to sytuacja dokładnie odwrotna niż w przypadku innych prac. Aby wkręcić chłopaka rodzina musi zapłacić. Rodzice mojej znajomej Liny z Solo na Jawie sprzedali w tym  celu rodzinny dom. Lina to doskonale rozumie i nigdy nie była z tego powodu zła. Brat mając pracę marzeń w policji będzie zobowiązany jej pomagać. Inny będzie czuł się zobowiązany w stosunku do rodziny za złożenie się na jego awans. Będzie więc potrzebował dużo pieniędzy. Dorabianie na boku w sposób, którego staliśmy się ofiarami jest jak najbardziej akceptowalne.


Potem wyrobiłam sobie metodę na takie sytuacje. Nie rozmawiam z najniżej postawionymi funkcjonariuszami. Od razu pytam o szefa. Biorę na siebie ryzyko, czy szef jest najbardziej skorumpowany ze wszystkich czy raczej będzie mi chciał pokazać jak twardą ręką trzyma swoich pracowników. Najczęściej samo żądanie zaprowadzenia do szefa wystarcza. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Nachodzenie korupcyjne 2

Po paru dniach przychodzą i mówią, że już sprawdzili, dokumenty są w porządku, nie ma problemu, żegnają się. Ulga. Po to tylko, żeby za 3 dni przyszli i powiedzieli, że jednak nie, że jednak muszą to jeszcze sprawdzić, wcześniej się pomylili.

Nie wiem do tej pory, czy są dobrymi psychologami od wzbudzania poczucia zagrożenia, czy wcześniej przy naszej niezłomnej postawie po prostu odpuścili a potem poskarżyli się komuś w biurze, że już już było a tu taki pech i ktoś wyżej postawiony postanowił im pomóc.  

Bo teraz zabierają się za nas na porządnie. Zostajemy zabrani na komisariat na przesłuchanie. Słowo deportasi powtarza się w każdym zdaniu. Przekazują nas ostrzejszym funkcjonariuszom.
Komisariat to parę budynków leżących pośrodku klepiska przy drodze na Ruteng, jakby przemieszanych ze zwykłymi domami. W małej klitce w dymie ich kreteków, strasznie mocnych papierosów goździkowych, odpowiadamy na pytania. Jeden zadaje pytania po indonezyjsku, drugi nas pyta po angielsku i dyktuje pierwszemu nasze odpowiedzi, tłumacząc je z angielskiego na indonezyjski. Co dokładnie dyktuje nie wiemy. Ponieważ pierwszy, który zadaje pytania i stuka jednocześnie w klawiaturę, nie jest wirtuozem komputera, każda sekwencja – pytanie, tłumaczenie, nasza odpowiedź, tłumaczenie, zapisanie zajmuje około 5 minut.
Ja odpowiadam pierwsza. Samo spisanie moich danych (pierwszy raz spotykam się z pytaniem o religię i wpisaniem tego do protokołu, potem już przywyknę) zajmuje z godzinę. A potem maglowanie w sprawie drewna. Siedzimy tam już przez parę godzin, we mnie się gotuje z wściekłości i, zła to przed sobą przyznaję, niepokoju.

Ale kończą ze mną. Spisują dane R. Myślę, że na danych się zakończy ale oni spokojnie przystępują do pytań. Jest już późne popołudnie, jesteśmy głodni i wściekli (ale tak wewnętrznie, na zewnątrz staram się być spokojna). Oznajmiam, że odpowiedzi R. są tożsame z moimi. „O, tak nie można, trzeba wszystko zapisać”.
Podejmuję decyzję. Wstaję, wyciągam na zewnątrz R. i oświadczam, że nie będziemy w tej klitce już dłużej przebywać. Tamci zakłopotani, nie wiedzą, co robić. Próbują nas powstrzymać ale nagle stają się bezradni. Chcą, żebym się podpisała pod tekstem. Ja twierdzę, ze muszę to sobie przetłumaczyć. Znowu konsternacja. Jak mam to przetłumaczyć, gdzie przeczytać. Proszę o wydrukowanie. Okazuje się, że stara drukarka podłączona do komputera jest zepsuta. Szperają w zakurzonej szufladzie, pełnej dyskietek, spinaczy, długopisów i ołówków. Parę dyskietek nie działa. W końcu na jednej, po krótkiej walce z systemem, zapisują swój tekst, który przenoszą do innego komputera i innej drukarki w innej części komisariatu.

Dają nam kartki. Wychodzimy. Nic się nie dzieje. Wracamy na łódź i sprawdzamy stan robót. Nasze 2 kode drewna nara leży sobie nienaruszone.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Nachodzenie korupcyjne

Jest październik 2005 roku. Nasza łódź „Wahid Jaya”, przyszła „Ari Jaya” stoi już w doku na nadbrzeżu Labuan Bajo koło domu Haji Perez. Cieśle czyli tukan zaczęli już pracować z pierwszą partia drzewa. Właśnie kupiliśmy kolejną partię, 2 kode drewna nara. Kode to jednostka do obliczania ilości drewna i oznacza 20 sztuk. Może to być 20 sztuk papan czyli desek albo 20 sztuk balok czyli belek. Cena kode zależy oczywiście od grubości, szerokości i jakości papan czy balok. Najlepsze jest drewno „merah” – czerwone, czyli ze środka pnia. Bliżej kory staje się „putih” – białe i jest dużo miększe, szybciej się psuje.
Te 2 kode drewna nara kupiliśmy od niejakiego Haji Rais z wyspy Buleleng, na północnym wybrzeżu Flores. (haji to tytuł oznaczający, że jego posiadacz odbył już pielgrzymkę do Mekki).

My sami mieszkamy niedaleko w Losmen Diaz, małym hoteliku przeznaczonym raczej dla miejscowych podróżnych niż turystów. Losmen należy do Kennediego, który tak ma na imię bo urodził się niedługo po zamachu na prezydenta Kennediego. Podobno w okolicy Kennedich jest trzech

W Losmen Diaz wytrzymaliśmy chyba z miesiąc. Nie dało się przebywać w naszym pokoju, niskim, z dachem z blachy falistej tuż  nad naszymi głowami, który w ciągu dnia rozgrzewał się do czerwoności. Prąd w Labuan Bajo był regularnie wyłączany i wtedy nasz malutki wiatraczek nie działał. W nocy gryzły nas pluskwy. W dniu przypłynięcia promu Tilongkabila z Bali lub z Makasar hotelik zapełniał się podróżnymi, ich pakunkami, hałasem do późna oraz dymem z papierosów goździkowych.

Właśnie na zmianę w Losmen Diaz i na nadbrzeżu zaczęli nas nachodzić. 2 kode drewna nara leżały sobie spokojnie przykryte dużą płachtą, kiedy zaczęli nas o nie pytać. Na początku nie wiedzieliśmy kto to był, dwóch chłystków w cywilu. Jednego dnia pytają skąd to drewno. Wyjaśniliśmy, wskazaliśmy sprzedawcę i zapomnieliśmy o sprawie. Przychodzą za 2 dni i znowu pytają o to samo, teraz już sugerując, że coś jest nie w porządku, chcą oglądać dokumenty drewna.

(Indonezja nagle zabrała się do ochrony lasów, każda partia drewna musi mieć odpowiedni surat, dokument – pozwolenie, osobny na wycięcie, osobny na transport, łącznie z mapami wskazującymi miejsce  ścinki drzew. Drewno tekowe może pochodzić tylko z plantacji. Oczywiście jakby ktoś chciał wyciąć w pień całą Indonezję i zapłaciłby wystarczająco dużo to problemu by nie było. W Indonezji jest to zawsze tylko kwestia „ile”).

My mamy, w naszym mniemaniu, wszystkie dokumenty. Myślimy, że są dobre bo tak nam powiedzieli ci, którzy na nie na naszą prośbę zerknęli, cieśle przede wszystkim. Są po indonezyjsku jesteśmy więc zależni od zdania innych. Wszyscy mówią, że dokumenty drewna są dobre. A między nami a Haji Raisem jest też Agustinus, to on pośredniczy w kupnie drewna i twierdzi, że jeśli to haji nam sprzedaje drewno to możemy brać w ciemno, bo haji to haji. Sam Agustinus jest katolikiem, gdzieś z wnętrza Flores ale jak widać argument haji jest dla niego jak znalazł. I ma być wystarczającą gwarancją także dla nas.

I tak przez parę dni jesteśmy nachodzeni, na zmianę w Losmen Diaz i na brzegu. Chłystki okazują się być tajną policją Intel. Powoli zaczynają padać słowa ‘konkwiskata’ i magiczne ‘deportasi’. My się denerwujemy ale nie przerywamy prac, zasłaniamy się Haji Raisem, którego oczywiście już nie ma, jest gdzieś daleko na swojej wysepce Buleleng i dla chłystków jest niedostępny (fizycznie ale chyba też mentalnie). A my jesteśmy celem ogólnodostępnym, każdy nasz krok w Labuan Bajo jest znany, wiadomo, że się boimy o nasze nadzieje na biznes, nie znamy prawa i języka. Cóż może być lepszego? Nie ma jeszcze wielu bule w Labuan Bajo i taka gratka jak my nie trafia się każdego dnia.

Budowa łodzi Ari Jaya, Labuan Bajo, Flores, Indonezja.
Oto ja w tych starych czasach doglądam budowy.

Przyszła Ari Jaya w doku
Początki budowy przyszłej Ari Jayi

Początki budowy przyszłej Ari Jayi

Początki budowy przyszłej Ari Jayi

Początki budowy przyszłej Ari Jayi
Początki budowy przyszłej Ari Jayi

Początki budowy przyszłej Ari Jayi



poniedziałek, 28 lipca 2014

Początek 2

Wieść, że w mieście są potencjalni inwestorzy (musieliśmy sprawiać dobre wrażenie, żeby tak nas sobie nazywano) obiega społeczność lotem błyskawicy. Że byliśmy na pewnej wyspie. Że obejrzeliśmy inną wyspę, do której się zapaliłam. Zgłaszają się do nas jej właściciele – czterej bracia z okolicznych wysp. A dokładniej brat zgłasza się jeden, czasem drugi gdzieś prześwituje ale wiemy, że jest ich czterech tylko nie wszyscy mogą przyjechać bo mieszkają na dalekich wyspach. Bracia są właścicielami wyspy i chętnie nam ja sprzedadzą. Ten, który z nami negocjuje jest nauczycielem, na którego nie wygląda. Tj. tak zostaliśmy poinformowani, że jest nauczycielem w miejscowej podstawówce. Jest bardzo wysoki, z kwadratową twarzą i dużymi zębami w niekompletnej szczęce. Ubiera się w przybrudzony sarong w biało czarną kratę. W ogóle nie sprawia wrażenia czystości jaka przystoi nauczycielom.

Ponieważ brat nie umiał po angielsku został mu przydzielony G. jako tłumacz i pomocnik. Przydzielony to nie całkiem dobre słowo, bo w którejś chwili się pojawił i przejął inicjatywę. My się dziwiliśmy, że ktoś chce nam pomóc, tak bezinteresownie i szybko zrozumiał nasze kłopoty. Potem byliśmy dość biernymi uczestnikami rozmów.

Rozpoczęły się negocjacje. My zadowoliliśmy się zapewnieniem, że bracia są naprawdę właścicielami rzeczonej wyspy, co potwierdzał G. Przeszliśmy do rozmów o cenie, co trwało ze dwa dni.

Jakie to były negocjacje. Czterech braci, którzy nie byli właścicielami sprzedawało wyspę. My ją kupowaliśmy, w ciemno i bez pieniędzy. Doszliśmy do zadowalającej nas ceny 4 tys. usd. Tamci zaakceptowali i na naszym stole szybko wylądowała umowa. Po indonezyjsku ale ceni się, że wydrukowana, choć na pomiętym papierze.

Gotówkę przygotowaliśmy i byliśmy gotowi zapłacić. I tylko pomyślałam, przecież nie szkodzi, jeśli sobie sprawdzę tę umowę, ktoś to przeczyta. Już się nasłuchałam o Pater Stanisie, polskim księdzu mieszkającym na emeryturze w Labuan Bajo, to był żelazny punkt każdej rozmowy:

- skąd jesteś
- z Polski
- ooo, Pater Stanis

Myślę sobie, że było nie było, rodak, niech zobaczy mój kawałek tekstu. Idę. Jest u siebie. Przedstawiam siebie i przedstawiam sprawę: bo my tu chcemy wyspę kupić i mam właśnie umowę, już jest wszystko dogadane i spisane ale niech ktoś rzuci okiem na tekst bo w zasadzie to nie wiem, co tam jest napisane bo nie znam ani słowa po indonezyjsku. Jak wszystko ok to dzisiaj podpiszemy i będziemy mieć wyspę po sąsiedzku.

Dobrze, że ten Pater Stanis był tam w tym Labuan Bajo i mnie otrzeźwił:

- czyś ty zgłupiała? Jaką wyspę, jacy bracia? Przecież tu wszystkie wyspy należą do państwa, przecież obcokrajowcy nie mogą kupować ziemi, przecież to nie jest takie proste, przecież…

…nie żebym  nie powinna wiedzieć, że to wszystko nie jest takie proste. Nigdzie zapewne nie jest a tym bardziej na Dalekim Wschodzie, południowo-wschodnich jego krańcach, które nawet dla kraju, który te krańce u siebie gości, są daleką, odległą, właśnie południowo wschodnią prowincją. Ponadto jestem prawnikiem, było nie było. Powinien na mnie ciążyć obowiązek większej staranności w stosunku do własnych przedsięwzięć, wziąwszy nadto pod uwagę wszystko powyższe. A nic takiego jak staranność bynajmniej mi nie ciążyła. Wprost przeciwnie.

Można to chyba wytłumaczyć tym dziwnym urokiem, jaki brzydkie miasto Labuan Bajo rzuca na ludzi. Z późniejszego doświadczenia wiem, że kto pomieszkał chwilę w Labuan Bajo, chciał potem tam wrócić. Chyba że uciekł na zawsze, tam gdzie pieprz rośnie, to druga z możliwych reakcji.

Ale to zanalizowałam później już. Na razie byliśmy w małym portowym miasteczku na zadupiu, brzydkim, skorumpowanym, malarycznym podobno, z nieistniejącą infrastrukturą, bez internetu, prawda, że z pięknym otoczeniem: wyspami archipelagu Komodo na zachodzie oraz podobno piękna zielona wyspą Flores (sama nazwa podniecała) na wschodzie. Miasto było brzydkie ale ruchliwe, z potencjałem (potencjalnym potencjałem, różnie się jego koleje mogły potoczyć, wziąwszy pod uwagę kapitał ludzki, skalę korupcji. Jeszcze w tej chwili jego losy są niepewne mimo że trwa bum).


Myślę więc, że już w pierwszych chwilach byłam na dziwnym haju, który sprawił, że wyłączyłam racjonalne myślenie i byłam o krok od dopuszczenia na sobie wielkiego (w mojej skali) oszustwa. Haj ten prawdopodobnie sprawił, że w ogóle tam zostałam. Bo na pewno tej decyzji nie spowodował nieistniejący biznesplan. 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Obecnie na Bali

Na Bali można czuć się dwojako.
Z jednej strony to (pominąwszy wszystkie wady, mam raczej na myśli zbiorową ideę wyspy) raj na ziemi, potwierdzany przez foldery, reklamy, zdjęcia, uprawiane sporty, posiadane wille, jogę, masaże, pola ryżowe, kluby, ogrody i można by tu wymieniać dalej. 

A z drugiej, w moim przypadku, to miejsce, które coraz częściej napawa mnie niepokojem. W pamięci turystów, co już pisałam, zapisują się przyjaźni tubylcy…

Dobrym przykładem odczuwania tego niepokoju jest opowieść mojego kolegi, też mieszkającego parę lat na Bali. Jechał samochodem, mijał dziewczynkę, która wyszła ze szkoły. Jechała rowerem. I na jego oczach przewróciła się i chyba dość poważnie poharatała. Ale bez żadnego związku z przejeżdżającym samochodem kolegą. Może była jakaś dziura albo kamień. Odruch nakazuje się zatrzymać i pomóc. I tak też zrobił mój kolega, wziął ją i zawiózł do „puskesmas”, czegoś w rodzaju przychodni. Gdy ja dowiózł zjawili się inni, rodzina i sąsiedzi z wioski, już się jakoś dowiedzieli o wypadku. Lepiej, mógł ją spokojnie zostawić. I wtedy opowiada:
- to mówię, bye, odwracam się i idę do samochodu. Powoli ale ze ściśniętym sercem. Oczekuję strzału w plecy, zdarzy się czy nie. Udało się, wyszedłem, wsiadłem do samochodu i uciekłem, gdzie pieprz rośnie.
Strzał w plecy to w tym przypadku zorientowanie się przez rodzinę i sąsiadów, że to przecież bule przywiózł dziewczynkę, że przecież nie można go tak puścić, że można go oskarżyć o spowodowanie wypadku i zażądać pieniędzy na wszystko – na rower, na leczenie, na wykupienie się od dalszych kłopotów. To była tylko kwestia chwil do strzału ale na szczęście się udało. A ja słyszałam dziesiątki opowieści o sytuacjach, kiedy się nie udało. I nie pozostawiło to oczywiście bez wpływu na moje zachowanie – ostatnio jechałam motorem ze sklepu, było już ciemno. Padają deszcze i na jezdnię spływają wraz z wodą duże ilości piasku i drobnych kamieni wypłukanych z innych miejsc (spływają też niestety śmieci). Naprzeciwko jechała kobieta i parę metrów od mnie wywróciła się. Chyba dość porządnie bo przez chwilę leżała i potem tylko ledwo podniosła głowę. Ani w głowie mi było jej pomóc, ani w głowie szukać dla siebie kłopotów. Za zakrętem był jakiś warung, mała restauracja, podjechałam i zawołałam siedzących tam aby kobiecie pomogli. I potem też – gdzie pieprz rośnie, jak najdalej, ciesząc się ciemnością. Jakby była dość sprytna i szybka w myśleniu, mimo upadku, to by przecież powiedziała, że to ja ją zmusiłam do ostrego skrętu, że przeze mnie się wywróciła. A że nadbiegali już ludzie, także z innych motorów, to ten mały tłumek już by zapewne nie wypuścił mnie ze swoich szponów.

Strona facebookowa Bali Expat pełna jest opowieści i ostrzeżeń. Część to ostrzeżenia przed pospolitymi złodziejami, czyhającymi na białych na motorach, którym zajeżdżają drogę lub w biegu wyrywają torby. Można to podpiąć pod normalne sytuacje, jest okazja, są biali (którzy przecież mają tyle forsy, że jak stracą to co sobie niosą to nic im się nie stanie). Ale czasem są też opowieści o samochodach zajeżdżających drogę i Balijczykach wyżywających się na białych (czy turystach czy expatach). Krzyczących, każących wynosić się z Bali. Opisujący są przestraszeni, rozgoryczeni, czasem się zarzekają, że już nigdy na Bali nie przyjadą (np. Australijczycy bywający tu co roku).

Krucha jest ta relacja bule expaci – lokalni na Bali. Jak toksyczny związek. Każda ze stron jest od drugiej uzależniona. Obcokrajowiec nie założy w Indonezji firmy bez miejscowego wspólnika, nie kupi ziemi na swoje nazwisko, nie obejdzie się (w dużej części, mnie wliczając) bez miejscowej obsługi. A Balijczycy bez bule nie mieliby przecież tego wszystkiego, co tak lubią, komórek, motorów, samochodów, tego całego postępu, który jest niekontrolowany ale który przez nich jest wymarzony. Czemu mieliby sobie odmawiać tego, co wiedzą, że mają inni, choćby ci inni zdobyli to przez pokolenia i ciężka pracą. Nie chcą (i zapewne nikt nie ma prawa tego od nich wymagać). Chcą dostać wszystko na raz i często im się to udaje. Jeśli można sprzedać ziemię i w chwilę mieć w garści milion dolarów zamiast pola ryżu to jest to łatwe. A dostają te pieniądze w większości  od bule.
Każda ze stron jest więc zależna od drugiej. Mieszkający dłużej na Bali, robiący biznesy, budujący sobie domy czują dużą niechęć do miejscowych. Przez tych drugich zawinioną. A może nie zawinioną, może po prostu to mentalność albo okoliczności życia sprawiają, że nie są w stanie dostosować się do pewnych standardów? A często nie są to standardy wyśrubowane. Po prostu – być na czas w pracy, okazać zaangażowanie, przewidzieć coś z minimalnym wyprzedzeniem, nie porzucić pracy przy pierwszym nieśmiałym nacisku na jej jakość.  Tj. są oczywiście bule, którzy bynajmniej nie są nieśmiali w zwracaniu uwagi i wymaganiu. Piszę o swoim przypadku. I wiem, że się zawsze parę razy zastanowię, jak powinnam reagować. Bo po prostu robię bilans zysków i strat – czy warto się wkurzyć, że coś jest odwalone byle jak, coś jest zepsute i ostatecznie stracić pracownika, który nie chce słyszeć takich zarzutów (a od którego być może jestem zależna) czy odpuścić, złość zjeść i ciągnąć to dalej. Praca dla pracownika nie jest bowiem wartością. Dużo większą jest święty spokój. Czyli może właśnie tak jak powinno być, także u nas. Ale jak miejscowi nie mają pracy a chcą konsumować to pojawia się frustracja, złość. I koło się zamyka.

Wszystko dobrze, są u siebie, to my się mamy dostosować. Ale chcą zarabiać u bule, chcą korzystać z tego bumu. Gdyby nagle wszystko zniknęło, działaniem jakiejś magii (i ku radości środowiska naturalnego), już by nie chcieli wrócić do dawnego życia. Już rozsmakowali się w nowoczesności, którą rozumieją tylko jako konsumpcję, absolutnie nie jako odpowiedzialność.